Zatańcz ze mną sambę! – recenzja filmu „Samba”

Problem nielegalnych imigrantów w Paryżu nie słabnie, wciąż jest na ustach rodowitych mieszkańców oburzonych narastającą przestępczością, brutalnością i tarciami religijnymi. Eskalacje konfliktów przybierają różne formy i trudno zapomnieć o niedawnym zamachu na redakcję Charlie Hebdo. Łatwo popadać ze skrajności w skrajność, od strachu do agresji, jednoznacznych ocen i sądów, na szczęście Olivier Nakache i Eric Toledano już po raz drugi starają się przełamać schematy i odczarować stereotypy. Po świetnie przyjętych ?Nietykalny? ponownie przyglądają się społeczności imigrantów, zatapiają się w ich świat z lekkością, wyczuciem i niesamowitym poczuciem humoru.

Niegasnąca pozytywna energia stanowi już markę duetu reżyserskiego, dlatego ?Samba? staje się nie tyle filmem społecznym, ale doskonałą rozrywką. Pobudza do pytań o tożsamość, godność, przyjaźń i wartość relacji międzyludzkich, zwykłą otwartość na drugiego człowieka. Tytułowym bohaterem jest Samba (Omar Sy), który przybył do Paryża, aby zapewnić lepsze życie sobie, jak i rodzinie pozostawionej w Afryce. Ubiega się o zezwolenie na pobyt we Francji, które jest dość niechętnie wydawane przez miejscowe sądy. Po aresztowaniu trafia pod opiekę wolontariuszek z urzędu imigracyjnego ,które mają pomóc mu w przygotowaniu niezbędnej dokumentacji. W ten sposób produkcja mogłaby się stać ciężką opowieścią o uciemiężonym czarnym mężczyźnie, który nie może znaleźć swojego miejsca na ziemi, jednak reżyserzy unikają tej perspektywy, skupiają się na pozytywnej osobowości bohatera i jego walce o pozostanie w kraju, wplatając poruszający wątek miłosny pod postacią Alice (Charlotte Gainsbourg).

Relacja pomiędzy Sambą a Alice niesie w sobie niesamowity ładunek ciepła i miłości, a między aktorami pojawia się elektryzujące napięcie. Gainbourg pokazuje, że ma w sobie potencjał do tworzenia tajemniczych postaci, zatopionych w swoim wnętrzu, które kuszą głębokim spojrzeniem i rzadkim, ale uroczym uśmiechem.  Kreuje bohaterkę zagubioną w świecie, pełna smutku i melancholii, która z biegiem czasu przybiera nieco cieplejsze barwy,przez co idealni współgra z pełnym werwy Sambą. Sy buduje swoją postać w pewnej symbiozie z Drissem (?Nietykalni?), operując tymi samymi metodami, rytmem wypowiedzi czy ripostami, ale jest bardziej nieporadny w relacjach z drugim człowiekiem.  ?Samba? to ciche tworzenie się głębokiej relacji między dwójką ludzi, którzy stają się dla siebie nawzajem lekarstwem na odczarowanie przeszłości i oswojenie lęków przed przyszłością.

Twórcy ?Nietykalnych? balansują pomiędzy lekkim poczuciem humoru a powagą. Skupiają się na problemie tożsamości i ukrywania się, kiedy w każdej osobie widzi się potencjalnego wroga i niebezpieczeństwo, widmo aresztowania, a w konsekwencji wydalenia z Francji.  Aby tego uniknąć Samba nieustannie zmienia dokumenty, przybiera różne imiona i udaje kogoś, kim nie jest. W końcu sam zaczyna się zastanawiać, jak ma na imię i czy któregoś dnia po prostu go nie zapomni. Na szczęście może wykrzyknąć je na głos, a ludzi tylko pomyślą, że chce tańczyć.

Piękno ?Samby? tkwi  w momentach, wspólnym głaskaniu kucyków, nocnych rozmowach na stacji benzynowej czy radosnych wymianach spojrzeń. To umiejętność bawienia i wzruszania historią człowieka, który poszukuje swojego miejsca na ziemi oraz spokoju. Imigranci zyskują tutaj ludzką twarz walczących o siebie i godne życie w miejscu bardziej obiecującym niż opuszczona ojczyzna, przy czym nie odstraszają umęczoną twarzą, lecz energią i niegasnącym optymizmem. Francuzi potrafią spoglądać na siebie i innych z dystansu, nie zapominając o zbawiennym wpływie śmiechu.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

One thought on “Zatańcz ze mną sambę! – recenzja filmu „Samba”

Dodaj komentarz