Zapach geniuszu – recenzja filmu ?Mandarynki?

?Mandarynki? gruzińskiego reżysera Zazy Uruszadze to minimalistyczny dramat o ludziach uwikłanych w historię, ściślej - w wojnę, która z każdym kadrem zyskuje bardziej gorzki posmak.

Rosnące w sadzie dojrzałe mandarynki są jedynym powodem, dla którego Margus z narażeniem życia postanawia  przez jakiś czas pozostać jeszcze w Abchazji W zbiorach pomaga mu sąsiad - Ivo, który plecie kosze i misternie zbija drewniane skrzynki . Dwaj starsi panowie to ostatni w okolicy Estończycy (potomkowie przybyłych przeszło sto lat wcześniej kolonialistów). Wszyscy, łącznie z najbliższą rodziną naszych bohaterów, wrócili w obliczu wojny do Estonii. Jesień na tym skrawku ziemi położonej nad Morzem Czarnym w uścisku pomiędzy Rosją a Gruzją jest naprawdę piękna. Nic dziwnego, że o ile Margus liczy tylko dni do wyjazdu i przelicza zyski ze zbiorów, o tyle Ivo nie myśli o wyjeździe - tutaj czuje się najlepiej i to miłość oraz przywiązanie do znanych kątów nie pozwalają mu uciekać. Uruszadze pokazuje nam pierwotny, samowystarczalny świat, w którym czas ?jakby? się zatrzymał. ?Jakby?, bo jest rok 1992 i gdzieś w oddali słychać odgłosy walk. Mityczny bezczas Ivo zostaje brutalnie przerwany, przychodzi mu się w końcu zmierzyć z prawdziwym złem niesionym przez wojnę. Bezstronni plantatorzy nie angażują się w konflikt, wkrótce jednak są świadkami bezpośredniej walki, w okolicach ich sadu rozbijają się samochody walczących ze sobą Gruzinów i Czeczenów. Ivo zabiera do siebie dwóch rannych - okazuje się, że w jego domu, odgrodzeni tylko ścianą, kurują się dwaj wrogowie!

Podobną sytuację przedstawia rosyjski film ?Kukułka? Aleksandra Rogożkina. Jesień 1944 roku, Laponia, dwóch zbiegłych skazańców wrogich armii znajduje schronienie na farmie szamanki - Anni. Fiński snajper i kapitan Armii Czerwonej w przezabawny sposób walczą o zainteresowanie jedynej na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów kobiety. Zderzenie trzech kultur, trzech języków  i wpojonych ideologii jest źródłem sporej dawki komizmu.  Chociaż tłem jest tutaj wojna, to nie o niej samej traktuje ?Kukułka?, podobnie jest z ?Mandarynkami?. Obu reżyserom udało się wyjść ponad polityczne interesy i stworzyć dzieła po prostu uniwersalne, które nie tyle nawołują o pokój, a przypominają o człowieczeństwie.

Ivo, tak jak Anni  w ?Kukułce?, staje się rozjemcą, pokorna wobec życia postawa Estończyka wzbudza szacunek wśród niechętnych sobie bojowników. Enklawa, którą tworzy dla rannych, pomaga obu zdobyć się na chwilowe, z szacunku do gospodarza, ?zawieszenie broni?. Z czasem potrafią już normalnie rozmawiać i odrzucają brutalną ofensywę. Obu udaje się także zrozumieć, że przeciwnik jest takim samym człowiekiem, a wprowadzona chwilowa normalność pozwala im docenić po prostu życie.

Oszczędny w środkach film gruzińskiego reżysera jest właśnie, jak te tytułowe mandarynki, słodko-gorzki, a przy tym wielowymiarowy.  Mamy tutaj trop nawołujący do dialogu - posadzenie naprzeciwko siebie wrogów, w którym mediatorem może być bezstronny Estończyk, pochwałę życia jako najważniejszej wartości, siłę charakteru i pokorę wobec darów losu. Brak patetyzmu, humor wynikający ze zderzenia różnic kulturowych i przede wszystkim - humanitarne przesłanie. Dramat nie tyle wojenny, co ogólnoludzki, kameralny, a jednocześnie trafiający do każdego. ?Mandarynki? pachną geniuszem, nic dziwnego, że ten estońsko-gruziński film skradł serca publiczności podczas ubiegłorocznego Warszawskiego Festiwalu Filmowego. Oklaski ponoć były bardzo długie.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz