Zaginione dziecko Filomeny Lee – recenzja filmu ?Tajemnica Filomeny?

Nominowana do Oscarów w czterech kategoriach ?Tajemnica Filomeny? po amerykańskiej premierze poruszyła tym razem nie recenzentów, a dziennikarzy, którzy zarzucają obrazowi wydźwięk antykatolicki, a nawet parszywy atak na Kościół.

Mocne zarzuty są jednak równie mocno przesadzone, bo o ile sama historia, która wydarzyła się przecież naprawdę, skłaniałaby do ferowania takich wyroków, o tyle film, mimo że niczego nie wygładzający, żadnego ideologicznego ciężaru nie posiada. Ta dramatyczna opowieść o poszukiwaniu syna przez to, że została przyprawiona ciętym żartem, ironią i gęstymi od humoru dialogami sprawia, że ?Tajemnica Filomeny? to w ostateczności komediodramat z pozytywnym wyrazem. Stephen Frears (?Niebezpieczne związki?; ?Królowa?) nie skupił się na rozdrapywaniu ran i wskazywaniu winnych, a już na pewno nie miał zamiaru wypełniać żadnej misji społecznej, mającej na celu nagłośnienie ?zbrodni?. Smutna opowieść stała się tutaj pretekstem do inteligentnej wymiany poglądów dwóch świetnie zagranych i naszkicowanych postaci.

Dwa różne światy i charaktery, ale wspólna podróż i jeden cel.  ?Tajemnica Filomeny? staje się w pewnym momencie kinem drogi, w którym jest miejsce i na wzruszenia, i na śmiech. Wszystko to mistrzowsko zagrane przez Judi Dench i Steve?a Coogana, można pokusić się nawet o stwierdzenie, że ich znakomite role przyćmiewają  nadrzędny wątek, który jest przecież opowieścią zupełnie nieprawdopodobną!

Ona jest skromną, przyzwoitą i bogobojną starszą panią, na pierwszy rzut oka - niczym się niewyróżniającą, jedynym jej grzechem może być słabość do kiepskiej literatury spod znaku Harlequina. On - dziennikarska zwierzyna tropiąca polityczne skandale, obecnie - z przyczyn niezależnych od siebie - na przymusowym spoczynku, wykształcony, obyty, cyniczny, wyrachowany. Ta para to nie tylko mocny kontrast społeczny, ale przede wszystkim światopoglądowy. Rozum konta serce, a w warstwie fabularnej Filomena kontra zakonnice.

Filomena zakochała się w czasach, kiedy swoboda obyczajowa miała dopiero nadejść. Jako osiemnastolatka spodziewająca się nieślubnego dziecka w poczuciu hańby trafia pod dach do miłościwych i, jak się okazuje, chytrych sióstr zakonnych, które nie zważając na dramatyczne obiekcje matek, oddają amerykańskim rodzinom do adopcji urodzone w klasztorze dzieci. Zmuszona do zrzeczenia się praw do syna Filomena dopiero pod koniec życia postanawia zmierzyć się z traumą doświadczeń i odszukać swoje dziecko. Kiedy zakonnice nie wykazują chęci współpracy, w poszukiwania angażuje się chłodno myślący dziennikarz, który do tej ?historii z życia wziętej? podchodzi z dużym dystansem.

Postawa Filomeny może zaskoczyć, może nawet zdziałać więcej niż odkrycie prawdy, zabliźnienie ran, wreszcie przebaczenie i pogodzenie się z losem. Z łaskawością pokrzywdzonej przez cały film polemizować będzie Martin, z jego ust padnie pełno gorzkich słów pod adresem Kościoła i siostrzyczek z Opactwa Roscrea. Na kanwie takich wydarzeń ?Tajemnica Filomeny? mogłaby być wręcz drastyczna w ilości wyciskanych łez, nic podobnego, owszem trudno nie współczuć głównej bohaterce, ale jej postawa wzbudza przede wszystkim podziw i  sympatię. ?Tajemnica Filomeny? to wręcz pogodny dramat, bo sama pokrzywdzona jest tutaj po prostu ujmująca. Najbardziej chyba, kiedy zachwyca się kolejnym zupełnie nieprawdopodobnym w wydarzenia romansem przeczytamy do poduszki: ?Sama bym tego lepiej nie wymyśliła? - mówi do Martina. Rzeczywiście, najlepsze scenariusze pisze przecież życie. Martin w końcu się o tym przekonuje.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz