WYWIAD: Nie projektuję przyszłości – Marta Ścisłowicz

Marta Ścisłowicz - aktorka filmowa i teatralna, która ostatnio dzieli swoje życie między Warszawę, Kraków a Kielce. Można ją było oglądać w wielu serialach, między innymi "Lekarze" czy "M jak miłość", a od marca pojawi się jako Magda w serialu "Strażacy".  Z powodzeniem pracuje w teatrze, gdzie za rolę Carycy Katarzyny zgromadziła liczne nagrody. Zapraszamy do przeczytania rozmowy z Martą.

Jesteś w nieustannej podróży. Spektakl ?Caryca Katarzyna? jest grany w całej Polsce. Spodziewałaś się takiego wędrownego trybu życia, wybierając aktorstwo?

Marta Ścisłowicz: Nie, nie byłam w stanie wyobrazić sobie, jak to będzie wyglądało. Staram się nie projektować przyszłości i cieszyć tym, co się dzieje. Nieustanna podróż jest bardzo fajna, ale również męcząca. Myślę, że w przyrodzie jest równowaga i pewnie nadejdzie taki moment na złapanie oddechu. Ten zawód w ogóle jest bardzo zaskakujący i nie spodziewałam się, że  wszystko tak cudownie się potoczy: sukces ?Carycy Katarzyny?, nagrody, wspaniały odbiór publiczności. Mam wrażenie, że zapracowałam na to wszystko, choćby będąc przez 5 sezonów w Teatrze Polskim w Bydgoszczy, przez co mam coraz większy apetyt na ten zawód.

Prowadzisz bardzo intensywne życie teatralne, za tobą interesujące role serialowe. Trudno jest połączyć te dwa światy?

To jest trudne, nie tyle energetycznie, co terminowo. W tym zawodzie czasem robi się kilka rzeczy równocześnie. W Warszawie powstają wszystkie seriale, a ja pracuje w teatrze poza stolicą. Ale te dwa światy dają różną przestrzeń. Jak długo pracuję w teatrze, to fajnie jest pójść na plan, gdzie panuje zupełnie inna energia. Tak było teraz jesienią, kiedy spędzałam bardzo dużo czasu na planie ?Strażaków?, który był trudny, wyczerpujący i intensywny, a dwa czy trzy dni po zakończeniu zdjęć ruszyłam w trasę z ?Carycą?. Zupełne przeskoczenie do innej perspektywy. Te światy są kompletnie różne, ale dają fajny dystans jeden do drugiego.

Niedawno zakończyły się prace na planie serialu ?Strażacy?. Możesz powiedzieć więcej o tej produkcji i swojej bohaterce?

To będzie dziesięcioodcinkowy zamknięty serial  dla TVP1, którego emisja rozpocznie się w marcu. Opowiada o pasji, zmaganiach, przyjaźni, miłości, bliskości i więzach międzyludzkich. Ja gram panią naczelnik Ochotniczej Straży Pożarnej w Żyrardowie, która nadzoruje pracę pięciu kolegów. To będzie serial akcji i rzeczywiście w każdym odcinku dużo się dzieje, próbujemy pokazać życie przeciętnego strażaka ochotnika bez lukru, glamouru, który nas otacza z każdej strony. Byłam jedyną dziewczyną strażaczką w tym projekcie, gdzie panowała męska energia, a ja się w niej bardzo dobrze czuję. Nie musiałam ciągle  być piękna, na szpilkach, w pełnym make-upie i lokach, ale zwyczajna, w mundurze i hełmie. Było dużo biegania , próbowaliśmy nauczyć się strażackiej terminologii i działań. Pojawił się też rodzaj bohatera zbiorowego, który zawsze jest interesujący, bo polega na zbudowaniu grupy. Rzeczywiście ta nasza sześcioosobowa drużyna sprawiła, że fajnie nam się razem pracowało i spędzało czas. Mam nadzieję, że państwu się spodoba i będziemy  mieli szansę spotkać się wiosną na planie drugiego sezonu.

Ostatnio  mogliśmy cię oglądać w kilku serialach: Lekarzach, Blondynce czy M jak miłość. Zżyłaś się szczególnie z którąś z bohaterek?

Ostatnio szczególnie lubię Magdę Konarską ze Strażaków. Pewnie jest taka specyfika, że aktor najbardziej emocjonalnie pamięta  i myśli o tym, co było jego ostatnim projektem. Faktycznie pozostałe przygody dla mnie się skończyły. A Magda jest mi bliska, ponieważ pierwszy raz miałam okazję poruszać się w tak dużym materiale. To duża, pierwszoplanowa rola kobieca i miałam poczucie współtworzenia projektu od samego początku. Kiedy przychodzili aktorzy na jakieś epizody, które są w  odcinkach, miałam uczucie, jakbym zapraszała ich do wspólnej przygody. Czułam się odpowiedzialna za ten projekt i atmosferę pracy. Poza tym Magda jest silną babą, która stara się walczyć o swoją niezależność. Jest taka gender i staraliśmy się pomijać kwestię, że to strażaczka-kobieta. Była dla mnie dużym wyzwaniem. Natomiast mam ogromny sentyment do doktor Żelichowskiej z Lekarzy. Ta przygoda niestety już się skończyła, ale wspominam ją szczególnie. Moment, kiedy zaczęłam pracować przy tym serialu, był dla mnie przełomowy. Zostawiłam Teatr Polski w Bydgoszczy i dzieliłam się z moimi kolegami z planu, Szymkiem Bobrowskim i Kasią Warnke, wątpliwościami. Dużo takich rozmów i intensywnych zmian kojarzy mi się z pracą przy nim. Zobaczymy, co będzie się działo z Blondynką, czy będzie kolejny sezon. Ostatnio z koleżanką, z którą grałam w Blondynce,  wspominałyśmy tę przygodę. To są miłe wspomnienia: wakacje, ciepło, głównie plenery, praca na takim luzie. Poza tym tam jest zupełnie inny świat, Podlasie-  przyjemne i towarzyskie, czas wolniej płynie? Czy obecność w telewizji przekłada się na popularność i rozpoznawalność?

Na pewno się przekłada. Natomiast ja, ku mojemu zadowoleniu, pomimo że biorę udział w tylu komercyjnych projektach, nie mam popularności komercyjnej. Może wynika to z tego, że większość ról to drugie plany, które nie obarczały mnie czasowo ani energetycznie. Mimo wszystko łączy się to z rozpoznawalnością, ale raczej miłą i nie przekraczającą żadnych granic. Bardziej tą rozpoznawalność czuć poza Warszawą, bo tutaj ludzie są przyzwyczajeni i w ogóle nie reagują. Czasami bywa to przyjemne, ale też nie fajne, kiedy ktoś się ciągle na ciebie patrzy, a ty może akurat masz gorszy dzień, nie chce ci się rozmawiać, jesteś zmęczona. Zobaczymy, jak będzie po Strażakach, ale to nie jest jakaś rzecz, na której mi szczególnie zależy. W środowisku funkcjonuje i to mi wystarczy.

Prowadzisz fanpage na Facebook?u. Wchodzisz w interakcje z fanami. Czy takie relacje pomagają wykonywać ten zawód?

Wchodzę w interakcje z dwóch powodów. Pierwszy był taki, że docierało do mnie wiele komunikatów o moim funkcjonowaniu na Facebooku, że ktoś się pode mnie podszywa. Było to dla mnie niekomfortowe, że ludzie z branży, pomijając już fanów, mają z tą fikcyjną osobą jakiś kontakt, a ona kreuje mój wizerunek. Nie chciałam być na Facebooku i bardzo się przed tym broniłam, bo nie mam też prywatnie takiej potrzeby, ale przy iluś tam komunikatach o mojej rzekomej tamże obecności, pomyślałam, że trzeba to zmienić. A drugim z powodów była namowa dziennikarza, który powiedział, że powinnam to zrobić, chociażby po to, aby kreować swój wizerunek, dawać coś ludziom, którzy mnie oglądają, lubią i mobilizują. Na początku miałam wątpliwości, ale szybko się przekonałam. Otrzymałam niesamowity zwrot a propos pracy od widzów, którego pewnie bym nie miała. Po spektaklach ludzie, którzy nigdy nie zostaliby i nie poczekali przed garderobą, nie zamienili dwóch zdań, piszą na fanpage, wysyłają maile. To jest niesamowite i zdarza się niemal w każdej miejscowości, nawet po przedstawieniach w mniejszych ośrodkach, na przykład Busku Zdroju czy Stąporkowie. W ogóle, czuje się większą bliskość z widzem, że to, co się robi nie jest jakaś enigmą, tylko nabiera realnego wymiaru. Niestety to też polega na tym, żeby mówić o sobie, co się robi, a ja takiej potrzeby nie mam. Mnie się wydaje, że lepiej mówić o sobie po prostu tym , co się robi, niż podkręcać informacjami na fanpage. Jednak staram się to robić zawodowo, wrzucać informacje ze smakiem i klasą.

Jesteś jedną z niewielu osób, które odpisują na komentarze i wiadomości.

Może dlatego, że nie mam tej popularności komercyjnej i dostaję raczej naście wiadomości. Na każdą staram się odpisać. Nawet kiedyś miałam śmieszną sytuację w Kielcach. Pani wyszła ze sklepu i machała do mnie i koleżanki, żebyśmy podeszły. Powiedziała, że chodzi do teatru, ogląda spektakle przedstawiła się i opowiedziała, że jest aktywna na moim fanpage. Od razu wiedziałam, z kim mam do czynienia. Ten wirtualny świat się zmaterializował. Zawsze bałam się wirtualnej rzeczywistości,  bo nie ma się nad nią kontroli i nieraz przerasta rzeczywistość, a tutaj widać, że można korzystać z tych środków w fajny sposób.

Aktorstwo - pasja czy misja?

Na pewno pasja. Nie wiem, czy dzisiaj można powiedzieć, że aktorstwo jest misją. Dużo się nad tym zastanawiam i myślę, że wiele się zmieniło. Jeszcze 20 czy 30 lat temu, starsze pokolenie myślało o aktorstwie jako o misji. Ja na pewno nie wybrałam tego zawodu z poczucia jakiejś misji. To jest moja ogromna pasja i sposób na życie. Uwielbiam to robić przede wszystkim dla siebie, ale oczywiście też dla ludzi. Myślę, że ten zawód może być misją w sensie użycia swojej popularności czy sceny, sztuki do powiedzenia o czymś ważnym. Wykorzystanie popularności, aby przysłużyć się jakiejś akcji charytatywnej czy społecznej albo mówić o jakimś temacie. Natomiast nie powiedziałabym, że to jest misja przez duże ?m?. Pracuję, żeby się rozwijać, dawać państwu jakieś emocje, tematy do przemyślenia i wykorzystać na tyle, na ile się da fakt, że jest się osobą publiczną. Jesteś w kadrze nauczycieli w  AktoRstudio Romy Gąsiorowskiej. Jak to jest być po drugiej stronie i uczyć, dzielić się swoim doświadczeniem?

Długo się tego bałam i wzbraniałam, bo czuję, że jeszcze za mało umiem. Jak byłam w Teatrze w Bydgoszczy, to czasami przychodzili do mnie młodzi zapaleńcy, żebym ich przygotowała do szkoły przed egzaminem i te spotkania były bardzo owocne. Do tej pory utrzymuje kontakt z tymi ludźmi. Ma się dużo satysfakcji i radości, kiedy komuś, komu się pomaga, potem się powiedzie. Gorzej, jeśli wprowadzasz kogoś do świata, który okazuje się być dla niego rozczarowujący. Przed pracą u Romy [Roma Gąsiorowska-aktorka przy.red.] też się bałam, bo to jest delikatna materia, wrażliwi ludzie. Trzeba działać tak, żeby kogoś nie skrzywdzić, nie zranić, a czasami zasugerować, że może to nie jest dla niego najlepsza ścieżka. To bywa trudne, bo czy ja mam prawo decydowania o tym, czy ktoś ma predyspozycje czy nie. W tej szkole staramy się od tego odciąć i pracować bardziej na poziomie spotkania i rozwoju osobistego. Ja prowadzę kurs aktorski i pracujemy nad szeroko pojętym przygotowaniem do castingu. Na razie jest tak, jak z moją przygodą w radiu czy w dubbingu, że stawiając pierwsze kroki, kosztuje mnie to wiele energii i potwornie się spalam. Nie jest łatwe utrzymanie grupy 12 czy 25 osób w pełnej aktywności przez 4 godziny, poświęcenie każdemu takiej samej uwagi i czasu, ale widzę, jak ci ludzie się rozwijają, przepracowują swoje słabości czy doskonalą się warsztatowo. To dla mnie fantastyczne, jeśli ktoś przyjdzie i powie, że spotkanie było super i coś z niego wyniósł. Nie mam złudzeń, że trafię do wszystkich z grupy, ale warto to robić nawet wtedy, gdy uda mi się dotrzeć do dwóch czy trzech osób. Człowiek  uczy się dużo rzeczy, będąc po drugiej stronie, co zaobserwowałam już jako asystentka reżysera.

fot.Michal Walczak/MKWFOTO

Czym różni się przygotowanie do roli w filmie a w teatrze?

Różni się zasadniczo. Do filmu czy serialu, jeśli poświęca się tylko temu projektowi, można zrobić wszystko: schudnąć, przytyć, zgolić włosy, wąsy, zapuścić brodę, zbudować postać fizycznie, oddać się temu całkowicie. A w sensie psychologicznym budować postać w sobie, bo pomimo że są jakieś próby, to filmowa rzeczywistość staje się dopiero na planie. No i sceny kręci się nie po kolei, nie ma w graniu chronologii i przebiegu dla postaci od początku do końca, ale jest szansa coś poprawiać w kolejnym dublu.  

A w teatrze są dwa miesiące pracy, próbuje się nie tylko w swojej głowie, ale  sprawdza realnie, namacalnie na scenie z partnerem przez 8 godzin dziennie jakimi środkami stwarzać świat. Można sobie pozwolić na popełnienie błędu, bo można coś poprawić w okresie prób.  Potem jest premiera, eksploatacja spektaklu, ale to nie stanowi zamkniętego etapu. Każdy wieczór jest pracą, można robić zmianę, konfrontować  coś z widownią. Pytanie, co jest bardziej ryzykowne. Film zostaje na przysłowiowej taśmie i nic nie zmienisz, jest ?po scenie?, jak się mówi w żargonie, a czasami myślę sobie, że mogłam coś zrobić inaczej. W teatrze przez dwa miesiące prób nie ma ciągłej gotowości, czasami jest gorszy dzień i wtedy się odpuszcza. W filmie musi być gotowość. To są różne jakości i różne spotkania z ludźmi. Wiele można zmienić na montażu. Dużo zależy od muzyki, reżysera, jak to sobie wszystko powycina i pomontuje. Może się okazać, że sklei wszystko inaczej i zrobi inne zakończenie.  Nie zawsze aktor może mieć świadomość kontekstu. A w teatrze jednak każdego wieczoru masz władzę nad wszystkim. Dłuższą szansę na poznanie i zbliżenie z każdym partnerem i człowiekiem ? co oczywiście nie jest konieczne w pracy. W filmie można pokazać bohatera z bliska, czasem nie trzeba nic grać ? wystarczy myśleć. Oszczędniej w środkach. Często minimalistycznie. Teatr lubi konwencję, grę formą. Ale to oczywiście wszystko schematyczne uogólnienia.

 Od kilku lat z powodzeniem grasz w teatrze, czy ciągle  towarzyszy ci stres przed spektaklem?

Tak. Ostatnio graliśmy na Fanaberiach Wałbrzyskich 47 spektakl ?Carycy?, a ja wciąż się denerwowałam.  Faktycznie bywają takie dni, że nie mam dużego stresu, ale trema zawsze jest: czasami mobilizująca, czasami przeszkadzająca i deprymująca. Myślę jednak, że jest niezbędna, wpisana w spektakl, szczególnie taki, który jest totalnie oparty na interakcji, nie ma tej czwartej ściany i dużo czerpie się z widza. A dni bywają różne, czasami nie ma się ochoty wyjść z domu i gadać, w związku z czym zawsze jest stres i podniecenie.

W spektaklach Jolanty Janiczak i Wiktora Rubina króluje nagie ciało. Staje się to przedmiotem dyskusji czy nagość jest potrzebna. Ja ty sobie z nią radzisz? Czy były długie rozmowy przed ostateczną decyzją?

Rozmowy były długie, ale bardziej o temacie, o tym, co chcemy zrobić,  opowiedzieć. Dopóki to są rozmowy na poziomie teoretycznym , nie ma szans sprawdzić i skonfrontować, czy o to nam chodziło.  I faktycznie pamiętam, że na początku miałam wszystko ułożone w głowie, o czym chcemy powiedzieć, i  jak już zrobiłam ten gest, to pojawiło się totalne paliwo i nowe możliwości. Poza tym  zupełnie inaczej czujesz się, gadając o tym przez dwa miesiące w dresie niż wtedy, kiedy nadchodzi konfrontacja z rzeczywistością.  Ja czułam się bardzo bezpiecznie, ponieważ praca z Wiktorem i Jolką [Wiktor Rubin ? reżyser, Jolanta Janiczak ?autorka sztuki, przyp.red.] polega na tym, że kiedy coś jest zbyt niekomfortowe, nie chce się tego robić, to można z tego zrezygnować. Te wszystkie sceny były wspólną decyzją i wiedziałam, że jeśli poczuję w trakcie prób generalnych, że czegoś jest za dużo, że coś nie działa tak, jak powinno, to wycofamy się z tego. Takie bezpieczeństwo i komfort dały mi siłę i wiarę, że to zadziała. My nie chcemy szokować, a nagość była naturalna, ponieważ taki jest temat spektaklu. Mówimy o ciele politycznym i aktorstwie, a to była dla mnie jedyna oczywista decyzja. Reakcje widowni potwierdzają, że to nie jest szokujące, lecz stanowi kolejny kostium, którego po jakimś czasie się nie zauważa.

Niedawno skończył się festiwal Boska Komedia w Krakowie. Byłaś tam obecna ze spektaklem ?Towiańczycy. Królowie chmur?, ale czy wzięłaś w nim udział również w charakterze widza.

Widziałam ?Dziady? Rychcika, ?Wycinkę? Lupy i ?Kronosa? Garbaczewskiego  cieszę się, że mogłam pojechać i coś zobaczyć, bo zazwyczaj nie ma na to szans. Żałuję, że wykonawcy spektakli nie mogą spędzać na festiwalu całego czasu jego trwania; wtedy wszyscy mieliby okazję zobaczyć siebie, wspólnie porozmawiać, skonfrontować się. Akurat te spektakle, które widziałam były dla mnie super przygodą. Każdy był zupełnie inną jakością, estetyką i dał jakiś temat do przemyślenia. Boska Komedia jest świetnym festiwalem. Miło popatrzeć na spektakle, w których się nie gra, ale które tworzą znajomi. Pojawia się taka duma, że patrzę na osobę znaną prywatnie, która na scenie wzrusza, chce coś przekazać. Lubię chodzić do teatru, ponieważ to jest mój sposób na życie. Dzięki temu mam ogromny szacunek do cudzej pracy. Wiem, że i w teatrze, i w filmie potrzebne są różne rzeczy, ponieważ widzowie są inni. Trudność tego zawodu polega na subiektywności, nie można przyłożyć miarki i powiedzieć, że to jest dobre, a to złe. A wiele zależy od dnia i samopoczucia, czasami spektakl ci się podoba, a  za pół roku już nie. Myślę, że tak samo jest z pracą w teatrze, kiedy coś, co podobało ci się rok czy dwa lata temu, przestaje cię satysfakcjonować, ponieważ chcesz czegoś nowego, ciągłego rozwoju. Dlatego powinno się dużo rzeczy czytać, oglądać, wiedzieć co się dzieje, być w kulturze, bo to nas kształtuje, wyrabia własne zdanie. Nie można łatwo oceniać i wartościować, bo granice są bardzo płynne.

fot.Michal Walczak/MKWFOTO

Masz jakieś marzenia zawodowe? Z kim chciałabyś pracować?

Staram się nie projektować rzeczywistości, lecz czerpać z tego, co przynosi los. Mam marzenie teatralne, że chciałabym spotkać się w pracy np. z Krystianem Lupą czy Iwanem Wyrypajewem. Choć nie mam pewności, czy spełniłoby to moje oczekiwania i ambicje. Nigdy nie miałam takiej wymarzonej roli, którą chciałabym zagrać. Chciałabym pracować z różnymi reżyserami i nie robić kompromisowych spektakli. Każda rola powinna być dla mnie jakimś wyzwaniem, musi dawać mi możliwość rozwinięcia się i nauczenia czegoś nowego. Chciałabym mieć ciągłość pracy, żebym za 30 czy 40 lat ciągle była w zawodzie, aby dawał mi on szansę na życie, na spełnianie się ze wszystkimi negatywnymi konsekwencjami i rozczarowaniami, które ze sobą niesie. Chciałabym, żeby ostateczny bilans wychodził zawsze na plus.

Jakie masz plany zawodowe na najbliższy czas? Od marca emisja serialu "Strażacy". A z końcem stycznia rozpoczynam próby w Teatrze Starym w Krakowie, gdzie Jola Janiczak pisze tekst o Sprawie Gorgonowej. Premiera będzie wiosną, jakoś z końcem marca. Zobaczymy, co  będzie się potem działo. Mam nadzieję na jakieś ciekawe spotkania i być może  wejście na plan drugiego sezonu "Strażaków"


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz