„Westworld” i „Truman show” w wersji romantycznej, czyli filmowy eskapizm w „Poznajmy się jeszcze raz”. Film w kinach od 31 stycznia

„Jumanji”, „Matrix”, „Podziemny krąg” i „Zakochany bez pamięci” – co łączy wymienione tytuły z francuskim „Poznajmy się jeszcze raz” (w kinach od 31 stycznia)? Według The Guardian nadeszła nowa fala filmów osadzonych w tzw. „alternatywnej rzeczywistości”.

W „Poznajmy się jeszcze raz” Victor (Daniel Auteuil) szuka wytchnienia i przerwy od ciągłych kłótni z żoną, niesatysfakcjonującej pracy i nowych technologii, których coraz bardziej nie rozumie. Dzięki firmie, która odtwarza historyczne realia, mężczyzna dostaję szansę przeniesienia się do zbudowanych w studio przestrzeni, żywcem wyjętych z Lyonu lat 70-tych. Dzięki temu Victor może znów bezkarnie palić papierosy w zadymionej kawiarni z 1974 roku. Dziennikarka The Guardian Anna Billson nazywa ten koncept zaskakującym twistem pomiędzy „Westworld”, a „Truman Show”.

Jednak w przeciwieństwie do Trumana, Victor jest w pełni świadomy tego, że otaczająca go rzeczywistość to wytwór nie tyle wyobraźni, co zorganizowanej ekipy scenografów i utalentowanych aktorów. Podróż w przeszłość staje się dla niego ucieczką od codzienności. Reżyser filmu Nicolas Bedos mówi: Miałem w głowie pewien obraz, a właściwie sytuację, która wyglądała dość żałośnie i jednocześnie komicznie.Wyobraziłem sobie bowiem starzejącego się faceta, który wraca do domu pokłócić się z żoną. Ona zaczyna go krytykować za bycie aspołecznym. Zarzuca mu, że nie nadąża za nowoczesną technologią, swoimi dziećmi, czy nawet polityką Macrona. Mężczyzna wychodzi z kuchni i zamyka się w pokoju, w którym wszystko – od wystroju wnętrza, przez stare kasety VHS – przenosi go w lata 70-te. Ten pokój staje się dla niego bezpieczną przystanią, swoistą bańką, gdzie w spokoju i z ulgą może palić papierosy Gauloises i oglądać stare programy talk-show. To właśnie było dla mnie inspiracją dla stworzenia filmu o człowieku, który tak bardzo gardzi teraźniejszością, że zrobi wszystko, aby przenieść się do czasów, gdy życie było dla niego prostsze i bardziej zrozumiałe.

Filmowa spółka o tajemniczej nazwie Podróżnicy W Czasie przenosi swoich klientów do wybranej przez nich epoki. Cały koncept przypomina fikcyjne elementy filmów Charliego Kaufmana, np. firmę czyszczącą pamięć z „Zakochanego bez pamięci”. Zamysł „Poznajmy się jeszcze raz” jest na tyle abstrakcyjny, że kwalifikowanie filmu Bedosa jako science fiction byłoby całkiem uzasadnione. Autorka tekstu przyrównuje go także do… „Jumanji. Następny poziom”. Tam również bohaterowie świadomie przenoszą się do wymyślonego świata, gdzie każdy z nich ma czystą kartę. Podobnie w „Cóż za piękny dzień” z Tomem Hanksem. Fred Rogers (Hanks) udziela rad w zbudowanym w studio pastelowym miasteczku. Widzowie wiedzą, że to iluzja, ale traktują to miejsce jak bezpieczną przystań, w której jest czas na przeżywanie emocji i pozytywne myślenie. Z kolei bohater „Witajcie w Marwen” traktuje życie wśród lalek jako terapię.

Już w latach 20-tych („Gabinet Doctora Caligari) kino pokazywało świat fantazji, który pomaga uporać się z dręczącymi nas problemami lub wręcz przeciwnie – uwypuklić je. Ta tendencja była szczególnie widoczna w filmach powstałych pod koniec lat 90-tych. W wielu ówczesnych produkcjach bohaterowie w pewnym momencie orientowali się, że otaczający ich świat jest jedną, wielką iluzją. Katalizatorem odkrycia mógł był stan psychiczny postaci („Podziemny krąg”), obce istoty z kosmosu („Mroczne miasto”), dociekliwy lekarz („Wyspa tajemnic”), paranormalne zjawiska („Szósty zmysł”, „Inni”), własne urojenia („Mulholland Drive”) czy bliskie osoby („Good bye, Lenin!”, „50 pierwszych randek”).

Przy tak dużej ilości filmów z przewrotnym scenariuszem, widzowie niemalże uzależnili się od „twistów” fabularnych. Normalną praktyką stało się kwestionowanie świata przedstawionego – fakty są nieodróżnialne od fikcji, każdy ma ukryte zamiary, lądowanie na Księżycu to wielki przekręt, a Ziemia jest płaska. Właśnie z tego powodu na tym tle wyróżnia się „Poznajmy się jeszcze raz”. The Guardian zaznacza, że film ten jest w jakimś sensie pionierem gatunku. W jego przypadku to widz może kontrolować narrację, zamiast być przez nią kontrolowanym. Do tego nie potrzebuje armii oraz całego kompletu Kamieni Nieskończoności („Avengers. Wojna bez granic”). W „Poznajmy się jeszcze raz” wystarczą uczucia i emocjonalna szczerość.

Cytowany artykuł Anne Billson z The Guardian można przeczytać tutaj.

„Poznajmy się jeszcze raz” w kinach od 31 stycznia.

Źródło: materiały prasowe


Brak ocen

Prosimy zaczekać ...

Dodaj komentarz