Walka ze schematem – recenzja filmu „Do utraty sił”

Kino bokserskie, nieoficjalny podgatunek dramatów sportowych pomimo swojej długiej historii, przewidywalności, powielania praktycznie tych samych schematów od wielu lat, nadal ma się dobrze. Przez kilka poprzednich lat mało było takich filmów, które stawały się box-office?owymi hitami (w ostatnich 5 latach premierę miał tylko ?Fighter? Davida Russella). ?Do utraty sił? Antoine?a Fuquy kurczowo trzyma się ścieżki wyznaczonej przez inne dramaty bokserskie, zapoczątkowanej prawie 40 lat temu przez Rocky?ego. Ale mimo wszystko ogląda się go bardzo przyjemnie.

Reżyser prezentuje nam w filmie historię Billy?ego Hope?a (w tej roli Jake Gyllenhaal), nazwisko bohatera zresztą wybrane nieprzypadkowo. Hope osiągnął w boksie już praktycznie wszystko. Wychowany w sierocińcu, wzbił się na szczyt i jest mistrzem świata wagi półciężkiej. Ma u swojego boku piękną żonę (Rachel McAdams), małą córeczkę (Oona Lawrence), stojących za nim murem kumpli z dzieciństwa, którzy chętnie mu we wszystkim pomagają i są z nim wszędzie ? czy to na konferencjach prasowych, czy to charytatywnych akcjach. Wreszcie posiada też czysto materialne bogactwa, takie jak willa z basenem czy piękne samochody. Wszystko jednak się wali po swoistej tragedii rodzinnej, w wyniku której Billy traci grunt pod nogami i zaczyna wariować, co niesie za sobą jeszcze gorsze konsekwencje.

Mamy tu wszystko do czego przyzwyczaiły nas takie filmy ? wzloty i upadki głównego bohatera, tragedie rodzinne, intensywne treningi, surowego trenera, który nie pozwala pod żadnym pozorem łamać wytyczonych przez siebie zasad, wreszcie esencję obrazu w postaci intensywnych walk, które reżyser przedstawia wyśmienicie. Kamera jest prowadzona dynamicznie, podczas pojedynków wchodzi nawet w perspektywę pierwszej osoby, dając nam wrażenie uczestnictwa w wydarzeniach ukazywanych na ekranie. Fabuła jest przewidywalna - mocno przewidywalna, szczególnie zakończenie, i choć widzieliśmy już to wiele razy, to odpowiedzialny za scenariusz Kurt Sutter przedstawia kolejne wydarzenia w przyjemny dla widza sposób. Nic w tym dziwnego, Sutter już w ?Synach Anarchii? wielokrotnie udowadniał swój kunszt. Zaprawa na planie serialu o motocyklistach z pewnością pomogła w co brutalniejszych scenach walk, gdzie krew leje się praktycznie cały czas, nie wywołując jednak u widza obrzydzenia czy obniżenia poziomu realizmu. Wszystko jest dobrze zrównoważone.

Ale prawdziwą siłą tego obrazu jest aktorstwo. Na tle innych, bardzo dobrych ról mocno odstaje 50 Cent jako chciwy promotor bokserski, udowadniając, że powinien zostać przy tworzeniu muzyki. Co gorsza, jego gra wypada bardzo blado w porównaniu z będącym w świetnej formie Gyllenhaalem. Jake poświęcił się dla roli, trenując przez kilka miesięcy po 6 godzin dziennie by wiarygodnie przedstawić sylwetkę fizyczną i wyczyny bokserskie Hope?a (przemiana ta jest tym bardziej imponująca, że rok wcześniej schudł bardzo mocno by zagrać w ?Wolnym Strzelcu?) przypominając tym podobne wyczyny Christiana Bale?a czy Roberta De Niro. Na dodatkowe brawa zasługuje postawa reżysera, który chcąc wesprzeć mentalnie aktora trenował razem z nim, zarówno na siłowni, jak i na ringu. Widząc Jake?a na ekranie widz czuje emocje Billy?ego, jego ból, wściekłość, radość, smutek. Fenomenalnie też wypada młodziutka Oona Lawrence, dając popis dojrzałego aktorstwa, szczególnie błyszcząc w scenie kłótni z ojcem. Forest Whitaker nieźle wypada w roli typowego mentora, jakich wielu w kinie tego typu.

Bardzo dobra jest też muzyka. Nie każdemu się spodoba, bądźmy szczerzy, nie każdy lubi amerykański rap, jednak do tego obrazu pasuje idealnie ? czy to w scenach walk, treningów, czy ujęciach prezentujących biedne dzielnice, w których narkotyki, kradzieże czy morderstwa są chlebem powszednim. Szczególnie kawałki Eminema (który zresztą przez długi czas miał zagrać rolę Hope?a) robią wrażenie.

Nie jest to film idealny, do poziomu choćby wcześniej wspomnianego ?Fightera? mu sporo brakuje. Jest sztampowy, i to do bólu. W zasadzie jedyną relacją która jest przedstawiona realistycznie jest relacja ojca z córką, potraktowana co prawda skrótowo przez twórców, ale świetnie rozegrana między dwójką Gyllenhaal-Lawrence. Wszystko, co prezentuje nam Fuqua, już kiedyś, gdzieś było i weteranów gatunku może to nudzić, jednak nadal jest to obraz warty obejrzenia. Te dwie godziny naprawdę szybko mijają i nie jest to czas stracony, a warto, choćby dla samego aktorstwa, które na długo zapada w pamięć.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz