Szaleni i waleczni – recenzja filmu „Mad Max: na drodze gniewu”

Kolejny Mad Max wychodzący spod ręki twórcy całej serii jest mieszanką wybuchową - luźną wariacją na temat wcześniejszych produkcji połączoną z postmodernistyczną wizją pustynnego świata przyszłości, doprawioną do smaku wyjątkowymi efektami specjalnymi. Miłośnicy kina akcji w wersji fantasy będą zachwyceni!

George Miller był odpowiedzialny za scenariusz i reżyserię trylogii Mad Maxa, która powstała na przełomie lat 70. i 80. Po kilku dekadach artysta postanowił wrócić do specyficznej, futurystycznej bajki i opowiedzieć ją w wersji na miarę XXI wieku. I robi to z powodzeniem. Nie dostajemy odgrzewanej historii, ale świeży obraz z charakterystycznymi wątkami będącymi znakiem rozpoznawczym całej szalonej serii.

Tym razem tytułowym Maxem, utożsamianym dotychczas z Melem Gibsonem, stał się Tom Hardy (znany m.in. z roli psychopatycznego Bane'a z filmu "Mroczny Rycerz powstaje"). Stworzył ciekawą, własną kreację walecznego bohatera, człowieka pełnego siły, gniewu, agresji i determinacji. Jednak to kobieca postać wysuwa się na pierwszy plan, kradnie całe widowisko, dzięki czemu ma szansę przejść do historii kina rozrywkowego. Mowa o Imperatorce Furiosie granej przez piękną Charlize Theron (kolejna rola, w której oszpecono aktorkę). To właśnie ona staje się motorem napędowym filmu. Wspólnie z Maxem tworzą wyjątkowy duet wprawiający w ruch machinę zemsty...i odkupienia.

Znów mamy apokaliptyczną wizję i zniszczony świat po nuklearnej wojnie. Szukający schronienia przed oprawcami Max Rockatansky, natrafia na pustynnej drodze na uciekinierki z Cytadeli - mitycznej krainy sterroryzowanej przez Immortana Joe'ego (Hugh Keays-Byrne). Nic tak nie zbliża jak wspólny wróg. Kobiety, na czele z Furiosą, łączą siły z Maxem i wspólnie starają się stawić czoła despotycznemu władcy i jego ludziom. Za rebeliantami wyrusza pościg - barwny korowód rodem z krwawych koszmarów. Rozpoczyna się pustynny pościg - walka na śmierć i życie.

"Mad Max" - tytuł znany od lat, od pokoleń jest już marką, legendą samą w sobie. Można te film kochać lub nie znosić, gdzie kicz miesza się z pastiszem, a całość staje się hołdem dla kina klasy B. Na szczęście nowy "Mad Max" prezentuje bardzo wysoki poziom, jeśli chodzi o kino rozrywkowe. Nastawiony jest na efekty specjalne, choć również pojawiają się wyczyny kaskaderskie rodem z filmów z lat 80. czy 90. Sceny walk są dopracowane w najmniejszych szczegółach. A pod kątem wizualnym i militarnym to istna perełka! Jeśli chodzi o fabułę - nie można nastawiać się na zbyt wiele - to prosta historia ucieczki, buntu przeciw reżimowi, walki, poszukiwania lepszego jutra i swojego miejsca na Ziemi. Nie ma za wiele dialogów, nie odnajdziemy też wątków miłosnych. Wartka akcja, oprawa wizualna i muzyczna są największymi atutami filmu. Sceny batalistyczne, wyścigi gigantycznych maszyn i bitwy - zrobione z największym rozmachem - są niesamowite i zapierają dech w piersiach. Dlatego  warto obejrzeć "Mad Maxa: Na drodze gniewu" na wielkim ekranie czy w najnowszej technologii 3D bądź 4DX. Fani serii nie będą zawiedzeni.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz