Subiektywnie o WFF-ie, cz. 3: Filmy środka

W ostatniej odsłonie relacji z 29. edycji z Warszawskiego Festiwalu Filmowego skupiam się na tak zwanych ?filmach środka?, czyli produkcjach prezentujących wyrównany, solidny poziom, po seansie których nie padniecie jednak z zachwytu na kolana. Wśród nich znalazły się dwa polskie tytuły, o których zapewne jeszcze usłyszycie: W ukryciu Jana Kidawy-Błońskiego oraz Heavy Mental Sebastiana Buttnego.

Polska ofensywa

Obok Idy w programie festiwalu znalazły się dwa polskie pełnometrażowe filmy: W ukryciu Jana Kidawy-Blońskiego w Konkursie Międzynarodowym oraz Heavy Mental Sebastiana Buttnego w Konkursie 1?2 (pomijam sekcję Polska klasyka, w której prezentowano obrazy Juliusza Machulskiego oraz trzech Krzysztofów: Kieślowskiego, Krauzego i Zanussiego). Co prawda żadnemu nie przypadła w udziale nagroda, jednak obie produkcje potwierdzają fakt, że nasza kinematografia zmartwychwstaje. Chociaż opis W ukryciu sugeruje kolejny polski film rozliczeniowy (akcja toczy się u schyłku II wojny światowej, a jedną z głównych bohaterek jest Żydówka ukrywająca się w domu zaprzyjaźnionych Polaków), produkcja okazuje się klasycznym melodramatem. Reżyserowi udało się zapełnić niszę, którą w rodzimym kinie stanowił brak wyrazistych postaci kobiecych oraz odważnych, zmysłowych scen łóżkowych. Ta stylizowana baśń o obsesji i pożądaniu momentami jest aż przestylizowana i ociera się o banał, jednak Kidawie-Błońskiemu należy się uznanie za przewrotność i nowe spojrzenie na czas wojny. To nie Żydówka uzależnia się od Polki, lecz odwrotnie; to nie wojna jest przyczynkiem do okrucieństw, lecz miłość.

Zupełnie inna problematyka interesuje Sebastiana Buttnego, który na festiwalu prezentował swój debiut. Heavy Mental można potraktować jako analizę mentalności współczesnych polskich trzydziestolatków: zupełnie niedojrzałych, ale żyjących też w przekonaniu o swojej wyjątkowości, co staje się powodem ich frustracji. Główny bohater, Mariusz, który mimo braku talentu widzi się w roli aktora-artysty, musi przejść bolesną drogę, której punktem docelowym jest zaakceptowanie własnej przeciętności. W tej analizie psychiki młodego i zagubionego przedstawiciela klasy średniej czuć ducha amerykańskiego kina niezależnego, co w tym przypadku jest sporym komplementem. Film Buttnego koncentruje się bowiem na dramatach-niedramatach, na szarej codzienności, którą polscy filmowcy zwykle uważają za ?niegodną? przenoszenia na ekran, a która współczesnemu widzowi jest bliższa niż kolejny dramat o wielkich Polakach zmieniających historię. Reżyserowi brak jeszcze dyscypliny, która pozwoliłaby mu na konsekwentne poprowadzenie narracji do końca, ale zdecydowanie podąża w dobrym kierunku.

Azjatycka egzotyka

Jak już wiecie z poprzedniej części tego artykułu, miniona edycja WFF-u oferowała szereg produkcji o dalekowschodnim rodowodzie. O dwóch z nich, Ulicy pułapce i Powrocie przyjaciół: znowu razem, pisałam w podrozdziale Pięciu do poprawki. Znacznie od nich lepsze, chociaż także w pewnym stopniu rozczarowujące, okazały się dwa filmy z sekcji Pokazy Specjalne: Dotyk grzechu Zhangke Jia i Kompleks japońskiego mistrza horroru Hideo Nakaty. Pierwszy budzi niedosyt głównie dlatego, że jury w Cannes nagrodziło go za najlepszy scenariusz. Po takiej rekomendacji spodziewałam się dopracowanej w każdym calu historii, a dostałam publicystyczny traktat. Traktat świetnie wykonany i stawiający ważkie pytania (czy za morderstwo w imię obrony godności również należy się kara?), jednak przede wszystkim skupiający się na ukazaniu wyzysku, jaki panuje w Chinach. W związku z tym, że na film składają się cztery różne opowieści, oczekiwałam też jakiegoś punktu kulminacyjnego, w którym by się one przecięły i zaczęły tworzyć spójną, warunkującą się całość. Moment ten jednak w Dotyku grzechu nie następuje, stąd też moje poczucie niedosytu.

Kadr z filmu ?Dotyk grzechu?, fot. WFF

Hideo Nakata, znany głównie jako reżyser kilku odsłon serii The Ring oraz Dark Water, tym razem proponuje opowieść o nawiedzonym domu (a właściwie osiedlu). Duchy pojawiają się tu pod dwoma postaciami: jako zjawy w klasycznym tego słowa znaczeniu, a także jako demony przeszłości, z którą musi się zmierzyć Asuka. Dzięki temu Kompleks można poczytywać nie tylko jako horror, ale również dramat psychologiczny o poczuciu winy. Niestety obraz obfituje w sceny zarówno genialne pod względem zbudowanej aury niepokoju, jak i w całkiem śmieszne, wręcz tandetne. Chociaż momentami film Nakaty przeradza się w karykaturę, jego seans i tak przypomni fanom horroru, że nikt nie potrafi straszyć tak jak Azjaci.

Bardziej na zachód Amerykański Prince Avalanche Davida Gordona Greena zdążył już zabłysnąć na tegorocznym Berlinale, uzyskując tam Srebrnego Niedźwiedzia. Ten komediodramat o dwóch dorosłych mężczyznach, którzy mimo poważnego wieku pozostają dzieciakami, spodoba się wszystkim, którzy lubią niezależne komedie w stylu Królów lata (albo po prostu niezależne komedie. Porównanie wynika z tego, że filmy łączy ten sam duch i podobna tematyka ? oba opowiadają o męskiej przyjaźni, dojrzewaniu i życiu w zgodzie z naturą). To jeden z tych obrazów, gdzie akcja rozgrywa się głównie w błyskotliwych dialogach, jednak chemia duetu Emile Hirsch ? Paul Rudd zagarnia naszą uwagę i zapewnia niezłą rozrywkę wzbogaconą o refleksyjne akcenty.

Niemiecka kinematografia zagospodarowała sobie w polskich kinach mały kącik, jednak rzadko kiedy przedostają się do niego filmy akcji. Do takiej kategorii można zaliczyć Banklady Christiana Alvarta, obraz inspirowany prawdziwą historią Giseli Werler, czyli pierwszej Niemki okradającej banki. Pod warstwą ?rozrywkową? (napady, strzelaniny, romanse) kryje się portret kobiety o niemal schizofrenicznej osobowości ? na przemian skromnej i płochliwej chłopczycy pracującej w fabryce tapet oraz przebojowej złodziejki-celebrytki o żurnalowym wyglądzie. Całości nie brak polotu, jednak jednej rzeczy przeboleć się nie da: jak tak silna, ambitna i ciekawa kobieta jak Gisela mogła pokochać tak nieatrakcyjnego i przy niej słabego mężczyznę jak jej wspólnik? Nie dość, że ktoś nie dopracował postaci Hermmana, to popełnił jeszcze poważny błąd obsadowy.

Kadr z filmu ?Banklady?, fot. WFF

Francuska reżyserka Catherine Breillat, którą widzowie kojarzą głównie z odważnej Anatomii piekła, przyjechała promować w Warszawie swoje najnowsze, w pewnym stopniu autobiograficzne dzieło ? Nadużycie słabości. Użyty w tytule termin funkcjonuje w prawie na określenie sytuacji, w której ktoś słaby zostaje namówiony do niekorzystnych dla siebie działań. Taka sytuacja przytrafiła się reżyserce, która po częściowo paraliżującym ją udarze dała się naciągnąć na ogromne sumy. Z zadziwiającym dystansem i szczerością Breillat kreśli opowieść o kobiecie, która z pogardy dla w połowie martwego ciała wchodzi w sadomasochistyczną relację ze swoim przyszłym aktorem. Film byłby jednak tylko chłodną wiwisekcją, gdyby nie fenomenalna Isabelle Huppert w roli głównej. Aktorka nie tylko doskonale odtwarza cierpienie człowieka zmagającego się z chorobą, ale mimo spotykających Maud upokorzeń pozwala jej zostać dumną i wyniosłą artystką. Po Nadużycie słabości warto sięgnąć właśnie dla jej talentu.

Bardziej na wschód

Jednym z moich festiwalowych odkryć jest kino estońskie ? obok Mandarynek (które powstały w koprodukcji z Gruzją) w Konkursie Międzynarodowym pojawiła się także inna udana produkcja, Miłość jest ślepa w reżyserii Ilmara Raaga. To nie tylko obrazek z życia obłudnej wsi, ale też opowieść o mylących pozorach. Okazuje się, że nie każdy pijaczyna to godny pożałowania degenerat, a choroba psychiczna może być tylko manipulacją, przykrywką dla innego poważnego problemu. Mocny i zaskakujący, w historii miłości między lumpem a miejscową ?wariatką? szyfruje przesłanie o tym, że okupiona łzami wolność zawsze będzie lepsza niż życie w strachu.

Kino rumuńskie zdążyło uzyskać sobie opinię obecnie jednego z najciekawszych, czego częściowo dało dowód Bardzo niespokojne lato Anci Damian (Konkurs Międzynarodowy). Częściowo, bo formalnie to jedna z najciekawszych festiwalowych propozycji ? pełna autoironii, włączająca w obraz animację, bawiąca się chronologią zdarzeń oraz zacierająca granicę między rzeczywistością a powstającą w niej historią (śledzimy bowiem etapy pracy nad scenariuszem; w jego autora i jednocześnie narratora filmu wciela się znany z filmów Nicolasa Windinga Refna Kim Bodnia). Szkoda tylko, że za tą metafilmowością nie stoi coś bardziej błyskotliwego niż ten prymitywny erotyk, jaki zaserwowała nam Damian. Niby przeziera z niego obraz skomplikowanych relacji damsko-męskich i odwiecznych gierek, jakie prowadzą ze sobą obie płcie, jednak to za mało. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że zabawa formą pochłonęła reżyserkę na tyle, że zapomniała o napompowaniu filmu treścią, a scenariuszowe dziury zasłoniła pikantnymi scenkami.

Kadr z filmu ?Bardzo niespokojne lato?, fot. WFF

Ważkiej treści nie brakuje natomiast w czeskim Jak nigdy dotąd Zdenka Tyca. Jego bohaterami uczynił umierającego malarza oraz osoby z nim związane: wieloletnią partnerkę, dawną kochankę oraz syna, z którym łączą go zimne stosunki. Wartość tego dramatu polega na tym, że w żaden sposób nie próbuje śmierci obłaskawić, wypolerować z szorstkości ? brak tu łzawych pojednań, rodziny rzucającej się w sobie ramiona czy podniosłych wyznań. Reżyser skupia się na sposobach, w jakim poszczególni bohaterowie radzą sobie (bądź nie) z opieką nad chorym i nie próbuje zatuszować faktu, że zarówno dla umierającego jak i dla osób wokół niego śmierć jest wyczekiwaną ulgą.

Summa summarum

Ile widzów, tyle spojrzeń. Szeroki repertuar i jego zróżnicowanie sprawia, że na wrażenia z festiwalu często wpływ ma najczystszy przypadek. Ja 29. edycję Warszawskiego Festiwalu Filmowego będę wspominać jako niezwykle intensywny maraton filmów, dla których trudno znaleźć jakikolwiek wspólny mianownik. Niewątpliwym jest jednak fakt, że to niepowtarzalna okazja do poznania zaskakująco dojrzałej kinematografii z krajów, o jakich na co dzień zapominają nawet najbardziej niezależne kina. To także możliwość obcowania z gwiazdami mniejszego i większego formatu, dlatego tym bardziej wyczekuję kolejnej, 30. już edycji. Pełna liczba zobowiązuje w końcu do szczególnie hucznego obchodzenia tego niesamowitego święta sztuki filmowej.

Zapraszamy do lektury innych "wffowych" tekstów:

Subiektywnie o WFF-ie, cz. 1: festiwal środka

Subiektywnie o WFF-ie, cz. 2: festiwalowe hity i kity

Najskromniejsza, najpiękniejsza ? recenzja ?Idy?

Oblicza samotności na Warszawskim Festiwalu Filmowym

Z pokorą po Warsaw Grand Prix ? o laureatach 29. edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz