Subiektywnie o WFF-ie, cz. 2: festiwalowe hity i kity

Drugą część relacji z Warszawskiego Festiwalu Filmowego poświęcam produkcjom skrajnym, faworytom i niewypałom. Zapamiętajcie wszystkie te tytuły: pierwsze pięć po to, by przy najbliższej okazji się z nimi zapoznać, drugie pięć po to zaś, by w razie czego nie stracić na nie czasu.

Pięciu na piątkę

Najlepszymi filmami na festiwalu okazały się wyciszone, intymne dramaty. Dawno nie mieliśmy na rodzimym podwórku obrazu tak kompletnego, konsekwentnie poprowadzonego i pięknego przez swą skromność, jakim jest Ida Pawła Pawlikowskiego. Zaledwie 80 minut wystarczyło reżyserowi na skonstruowanie historii, w której mieszczą się intymne dramaty, obraz powojennej Polski, konfrontacja dwóch silnych osobowości oraz ponadczasowa opowieść o szukaniu własnej drogi. Całość podano w niezwykle dopracowanej i konsekwentnej formie, w której czuć ducha polskiej szkoły filmowej.

Estońsko-gruzińska koprodukcja Mandarynki, podobnie jak Ida, traktuje konkretne wydarzenia historyczne (w tym przypadku wojnę w Abchazji) jako impuls do wysnucia uniwersalnych wniosków o człowieczeństwie. Ta na wskroś pacyfistyczna opowieść o Estończyku, pod dachem którego kurują się dwaj wrogowie, Czeczeniec i Gruzin, chwyta za gardło swoją szczerością przekazu. Dzięki idealnej proporcji między humorem a makabrą wojny film ani nie banalizuje poruszanych problemów, ani nie popada w patetyczny ton. Docenili to widzowie, którzy przyznali Mandarynkom nagrodę publiczności;  w obojętności nie pozostało także jury, czego dowodem było uhonorowanie Zazy Urushadze tytułem Najlepszego Reżysera.

Reżyser Hazardzisty, Ignas Jonynas, wydaje się być litewskim odpowiednikiem Wojciecha Smarzowskiego. Historia grupy sanitariuszy, która zbija fortunę na zakładach polegających na obstawianiu kolejności zgonów pacjentów, jest jak wyjęta z uniwersum polskiego reżysera. Mamy tu podobny chłód, z jakim twórcy obchodzą się ze swoimi postaciami, a także zbliżoną wizja świata: cynicznego, zepsutego, skazującego jednostki z kręgosłupem moralnym na zagładę. Efektem jest mocne, niejednoznaczne i interesujące formalnie kino.

Kadr z filmu ?Miele?, fot. WFF

Włosko-francuskie Miele to korespondująca z Miłością Hanekego opowieść o młodej dziewczynie, która świadczy nielegalną we Włoszech usługę eutanazji. Przed wyrzutami sumienia chroni ją kodeks moralny i pewne bhp pracy, jednak gdy jej klientem zostaje zdrowy, lecz znudzony życiem 70-latek, fasada obojętności zaczyna się rozpadać. Valeria Golino kreśli oszczędny w środkach i przejmujący film o tym, że nic i nikt nie jest w stanie zaoferować kojącej śmierci, a zgorzknienie i samotność także bywają nieuleczalną chorobą.

Czy może być coś bardziej smutnego niż śmierć, która nikogo nie obchodzi? Takimi przypadkami zajmuje się John May (idealny w tej roli Eddie Marsan) z Zatrzymanego życia, czyli londyński urzędnik odpowiedzialny za pochówek zmarłych, którzy nie mają żadnych krewnych i przyjaciół. Uberto Pasolini nakręcił zdecydowanie najbardziej wzruszający film tej edycji WFF-u. Minimalizm i wyciszenie przy jednoczesnym zachowaniu ogromnego ładunku emocjonalnego zaowocowały poruszającym dramatem o ścianach, które sami między sobą stawiamy.

Pięciu do poprawki

Miłośnikami kina japońskiego i chińskiego w trakcie festiwalu mogły targać sprzeczne emocje: najpierw radość z tego, że program oferuje tak wiele azjatyckich tytułów, a później rozczarowanie związane z ich często słabą jakością. Dalekowschodni rodowód mają dwa z najgorszych filmów, na jakie trafiłam w ciągu całej imprezy: Ulica pułapka i Powrót przyjaciół: znowu razem (oba ubiegały się o Grand Prix Warsaw w Konkursie Międzynarodowym). Pierwszy zaczyna się jak klasyczna opowieść miłosna. Młody Chińczyk Li Qiuming, który zajmuje się pomiarami dróg, w czasie pracy dostrzega śliczną dziewczynę i zakochuje się w niej od pierwszego wejrzenia. Okazuje się jednak, że jego wybranka ma wiele sekretów i film z love story przeistacza się w thriller polityczny. Problem tkwi w tym, że między obiema częściami nie ma żadnego łącznika, całość jest niespójna, topornie wyreżyserowana, zmontowana i zagrana. Pomysł ukazania życia pod ciągłą obserwacją jest jak najbardziej ciekawy, jednak reżyserka Vivian Qu przełożyła go na materię filmową w sposób jeszcze uczniacki.

Kadr z filmu ?Powrót przyjaciół: znowu razem?, fot. WFF

Jeszcze bardziej niezgrabny jest japoński Powrót przyjaciół: znowu razem w reżyserii Hiroshiego Shimizu. Dwie niezależne opowieści, jedną o członku yakuzy i drugą o obiecującym bokserze, splata w jeden film przyjaźń obu bohaterów, jednak ten lep okazał się zbyt słaby i relacja między Shinjim i Masaru wypada bardzo naiwnie. Nic tu zresztą nie przekonuje: ani drewniane dialogi, ani płaskie jak nos Voldemorta postaci, ani napięcie (bo go tu zwyczajnie nie ma). Najbardziej jednak nieprzekonująca jest muzyka ? soundtrack, który brzmi, jakby był zapożyczony z Pokahontaz, wybitnie kłóci się z quasi-gangsterką konwencją filmu.

Jednym ze słabszych filmów Konkursu Międzynarodowego był także irański Pies. Już sam pomysł, aby bohaterem obrazu uczynić zwierzę, które bezdomne podróżuje po mieście, wzbudził mój niepokój, gdyż za przyjęciem takiej perspektywy zwykle idzie trywializacja i zubożenie. Nie pomyliłam się ? w filmie widzimy kilka historii, w jakie wplątuje się psi bohater, jednak brak między nimi płynnych przejść, nie wynika z nich żadna głębsza myśl. Co gorsza, reżyser wykazał się niekonsekwencją, gdyż znajdziemy w obrazie też takie sceny, których pies świadkiem wcale nie był. Celem Psa prawdopodobnie było stworzenie wielowątkowej opowieści o społecznym wykluczeniu i samotności (w końcu w islamie psy są niejako wyklęte, ich hodowanie utożsamiane jest ze ślepym powielaniem wulgarnej kultury Zachodu), jednak ostatecznie to niewiele więcej niż wycieczka po zaułkach Teheranu.

Grand Central Rebecci Zlotowsky było na liście moich ?must see? zwłaszcza dlatego, że w głównych rolach wystąpiły gwiazdy kina niezależnego, Léa Seydoux i Tahar Rahim. Ich udział ukazał się jednak tylko niespełnioną obietnicą dobrego filmu, gdyż w romansie pracownika i pracowniczki elektrowni jądrowej nie ma nic, co wyróżniałoby ten melodramat z rzeszy innych przeciętniaków, które już powstały i zapewne jeszcze powstaną. To najbardziej banalna historia, jaką można sobie wyobrazić, tyle że przeniesiona na teren wioski otoczonej reaktorami, non stop narażonej na promieniowanie i postępujące skażenie. Problem polega na tym, że nic z tego nie wynika, a najciekawsza część obrazu to ta, w której obserwujemy pracę Gary?ego w elektrowni. Skoro najlepiej wypadł aspekt dokumentalny, który znalazł się w filmie mimochodem, możecie sobie wyobrazić, jak bardzo zawodzi reszta.

Kadr z filmu ?Jestem lepszy od ciebie?, fot. WFF

Czegoś powalającego na łopatki spodziewałam się także po chilijskim Jestem lepszy od ciebie, które jury festiwalu uznało za najciekawszą pozycję w kategorii Wolny Duch. Historia czterdziestoletniego Cristobala, który pałęta się po mieście w poszukiwaniu uciech ciała, trafnie obrazuje wielkomiejską atmosferę i posługuje się jej językiem, jednak dobre ucho do dialogów (mięsistych aż do granic karykatury, ale jednak brzmiących niepokojąco znajomo) to chyba za mało na nagrodę. Jej uzasadnieniem był ?wolny duch komedii o ważnym temacie przemian intymności i ról płci we współczesnym społeczeństwie, widzianych z perspektywy męskiego antybohatera?, ale nie do końca rozumiem, o jakich przemianach mowa. Cristobal mimo maski libertyna pozostaje do bólu konserwatywny i w poszukiwaniu partnerki na jedną noc chce się przekonać o tym, że istnieją jeszcze panie o sztywnych zasadach moralnych. Chyba że tą przemianą ma być fakt, że kobiety także potrafią być wyuzdane i traktować seks jako sport ? w takim razie pragnę przypomnieć jury, że rewolucja seksualna dokonała się 40 lat temu.

Zapraszamy do lektury pozostałych części artykułu oraz innych "wffowych" tekstów:

Subiektywnie o WFF-ie, cz. 1: festiwal środka

Subiektywnie o WFF-ie, cz. 3: Filmy środka

 Z pokorą po Warsaw Grand Prix ? o laureatach 29. edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Oblicza samotności na Warszawskim Festiwalu Filmowym

Najskromniejsza, najpiękniejsza ? recenzja ?Idy?


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz