Słowa puste jak słomka – recenzja filmu „American Hustle”

David O. Russell to człowiek odpowiadający za bardzo dobre produkcje. Ma na koncie zarówno dramaty (Fighter), jak i przebojowe przekręty z akcją w tle (Złoto Pustyni). Niestety zbierając porządną ekipę do American Hustle chyba trochę przedobrzył przeciągając scenariusz i z filmu kryminalnego robiąc gangstersko - policyjny romans z oszustami pomiędzy. Było dobrze, ale tylko dobrze.

fot. Sony Pictures

Irving Rosenfeld (Christian Bale) to profesjonalny oszust i naciągacz. Nie zrozumcie mnie jednak źle, ten facet zna się na swojej robocie i wie, jak sprzedać Eskimosom śnieg, żeby myśleli, że to drewno na opał. Nic dziwnego! Zajmuje się tym od najmłodszych lat, ucząc się lichwiarskiego fachu ratując biznes ojca. Niestety jak każdy facet, jego największą słabością jest kobieta, a właściwie dwie, które nie tylko zaprowadzą go na skraj załamania nerwowego, ale także w ręce FBI i wysoko postawionych grubych ryb, które nie tak łatwo naciągnąć na kasę. Kłopoty z ramieniem sprawiedliwości to będzie tylko pikuś!

American Hustle to nie jest Złoto Pustyni, ani American Gangster. Nie ma tam też dynamiki Złap mnie jeśli potrafisz, czy Ocean's Eleven. Z początku wszystko w tej historii gra, jednak wraz z biegiem minut opowiadanie zaczyna przysiadać i tracimy uczucie, że byliśmy świadkami poczynań jednego z najgenialniejszych oszustów w Ameryce. Jednak co kilka chwil reżyser znów stawia nas na baczność, niestety tylko na moment. Takich motywów jest bardzo dużo, ale przedłużająca całość zaczyna widza trochę przytłaczać.  Zrewanżują nam minusy aktorzy, których kreacje są bez zarzutu. Wszyscy spisują się na medal, choć Jennifer Lawrence i Christian Bale szczególnie zapadają w pamięć po seansie. Bale po raz kolejny dokonał transformacji fizycznej, która tym razem otwiera film i jest niezwykle udanym intro.

Fani teorii spiskowych i tych najsłynniejszych historii o oszustach będą trochę zawiedzeni. W obrazie nie dzieje się dużo, ale jeśli mamy elementy akcji to bardzo poważnej, ciężkiej i dającej do myślenia. Elektryzującym elementem jest też cameo Roberta DeNiro, co warto zobaczyć. Wspaniałe aktorskie kreacje w nieco przegadanej i przynudzonej historii o bardzo zdolnym lichwiarzu. Bez oszukiwania, 6/10.

ZWIASTUN:
Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz