„Siła przyciągania” – recenzja filmu

W roku 2012 krytyka bardzo ciepło przyjęła brytyjski Zupełnie inny weekend, czyli kameralny melodramat, w którym uczucie między dwoma homoseksualistami przedstawione zostało jako najzwyklejszy w świecie romans, niczym nieróżniący się od tego, co przeżywają osoby heteroseksualne. Jego bohaterowie ? przystojni, sympatyczni i pewnie czujący się ze swoją orientacją ? przeczyli stereotypowi geja jako mężczyzny zniewieściałego, ubranego w obcisłe ciuszki i mówiącego cienkim głosem. W podobnym kierunku idzie niemiecka Siła przyciągania. Jest to jednak nie tylko kolejny film wydeptujący gejom ścieżkę do równouprawnienia, ale także opowieść o samoakceptacji.

I tym razem bohaterom nie brak testosteronu, gdyż historia rozgrywa się w jedynym z najbardziej z ?męskich? miejsc pracy, czyli w policji. Pod względem świadomości swoich upodobań bliżej im jednak do pary z Tajemnicy Brokeback Mountain (nie bez przyczyny za granicą film obwołano odpowiedzią na obraz Anga Lee). Marc, osoba spełniająca się pod każdym względem w związku z kobietą, nie podejrzewa nawet, że mógłby poczuć coś do mężczyzny. Gdy na szkoleniu poznaje zalecającego się do niego Kaya, początkowo stanowczo się od niego izoluje. Presja wciąż homofobicznego społeczeństwa, wykonywany zawód i spodziewająca się dziecka narzeczona sprawiają, że nie dopuszcza do siebie myśli, że może go interesować ktoś jego płci. Aktywowane przez Kaya pokłady homoseksualizmu są na tyle potężne, że nie opiera się naturze długo. Zaakceptowanie potrzeb ciała nie idzie jednak w parze z psychicznym pogodzeniem się z nową sytuacją. Siła przyciągania obrazuje wewnętrzną walkę Marca, który do końca próbuje przekonać samego siebie, że nie jest gejem. Stephan Lacant, dla którego był to pełnometrażowy debiut, nie pozwala na półśrodki: bohater będzie słaby, dopóki nie spojrzy prawdzie w oczy.

Sam romans opowiedziany jest z pasją, widać w nim namiętność i chemię między postaciami. Kamera odważnie (choć nie wulgarnie) rejestruje chwile czułości kochanków, nie siląc się na żadną ?poprawność?, która miała by oznaczać dostosowanie się do estetycznych upodobań mas. Reżyser (słusznie, bo bez hipokryzji) zdaje się mówić: tak, miłość gejowska to także seks, czasem delikatny, a czasem szybki, będący zrywem pożądania ? zupełnie jak u par hetero. Momenty schadzek, kiedy miłosnym uniesieniom towarzyszą zwierzenia, to najbardziej intymne elementy filmu, czyniące z niego subtelny portret kiełkującego uczucia. Duża w tym zasługa wychwalanych za swoje role Hanno Kofflera i Maxa Riemelta, którzy sprawiają, że ich postaci są nie tylko władcze i wrażliwe jednocześnie, ale też przede wszystkim wiarygodne.

Ważnym, chociaż pobocznym wątkiem jest też kwestia dyskryminacji homoseksualistów w policji. Siła przyciągania pokazuje, że w tym wyjątkowo konserwatywnym, zdominowanym przez mężczyzn środowisku to ciągle temat tabu. Mimo pewnego nowatorstwa w tym względzie film nie spełnia wszystkich oczekiwań, wydaje się nie zabierać w tej sprawie nowego stanowiska. O tym, że geje to zwykli ludzie, którzy cierpią przez bezpodstawne uprzedzenia społeczeństwa, opowiedzieli już w bardziej efektowny sposób wspomniani Ang Lee i Andrew Haigh (reżyser Zupełnie innego weekendu). Lacant bywa za bardzo dosłowny (stanowiąca klamrę metafora biegu jako duchowej przemiany bohatera) i sięga po zbyt oklepane środki i motywy. Najciekawszą partią filmu jest ta, która dotyczy samoakceptacji Marca i stawia pytanie o to, czego od mężczyzny wymaga świat. Pozostała zdaje się być poprawnie zrealizowaną, lecz mało odkrywczą refleksją na temat związków homoseksualnych. Jednak w szerszej perspektywie, patrząc na niedawno wprowadzoną w Rosji ustawę przeciwko propagowaniu ?nietradycyjnych relacji seksualnych?, film Niemca staje się interesującą kontrą.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz