Aronofsky: wybrany przez studio ? recenzja filmu ?Noe: wybrany przez Boga?

Czułam się strapiona odkąd tylko projekt superprodukcji Noe: wybrany przez Boga zaczął nabierać realnych kształtów. Z jednej strony sam pomysł takiej osobliwej adaptacji napawał mnie sceptycyzmem, z drugiej ? nie wątpiłam ani przez chwilę, że powstaje film wizualnie zachwycający, a osoba Darrena Aronofsky?ego była obietnicą czegoś więcej niż naładowanego efektami specjalnymi blockbustera. Wiarygodne i przede wszystkim pozbawione naiwności przedstawienie tych kilku akapitów Księgi Rodzaju wydawało mi się trudnością nie do przeskoczenia. W trakcie seansu niepokoje te zaginęły w wodnych odmętach. Czy wielki deszcz przyniósł jednak całkowite, kinofilskie oczyszczenie??

Źródło: UIP

Odpowiem krótko: nie. Cienką warstwę mułu tworzą nowe wątpliwości, przede wszystkim ta, że szkoda reżysera o takiej wrażliwości i potencjale (mowa w końcu o twórcy Pi, Requiem dla snu, Źródła czy też Czarnego łabędzia) na hollywoodzkie superprodukcje, w których na artystyczną wizję pozostaje wąski margines. Jednak aż strach pomyśleć, czym mógłby być Noe, gdyby Aronofsky?ego zastąpił jakiś rzemieślnik kina. Bo choć nie brak tu uproszczeń, w pewnym stopniu efekciarstwa, a samo odczytanie Biblii nie oszałamia głębią czy oryginalnością, to udało mu się w budowniczym arki ? o którego życiu wewnętrznym przekaz milczy ? zobaczyć człowieka. Ludzki dramat, oto siła filmu.

Najtrudniejszym zadaniem reżysera było przekonwertowanie kilkudziesięciu zdań źródłowych na 140 minut materiału filmowego. Strzałem w dziesiątkę okazało się pójście ścieżką obyczajową, a więc rozbudowanie portretu rodzinnego. Co mogą czuć ludzie, gdy wiedzą, że będą świadkami apokalipsy, zniszczenia także niewinnego życia? Jak to jest nieść w sobie tę brzmię, jak pogodzić się z myślą, że ludzki gatunek wymrze raz na zawsze? Właśnie tego chce Noe, przekonany, że jego misja powinna doprowadzić do powstania nowego Edenu, tyle że pozbawionego jedynego Bożego błędu ? człowieka. Bo cóż to za marna kreatura! Skupiona tylko na ekspansji i plądrowaniu, pozostawia po sobie jedynie zgliszcza. Przepełniony szacunkiem do każdego żywego stworzenia Noe chce postawić temu kres. Doprowadzi to do poważnego konfliktu między bohaterami. To, co boskie, ściera się z tym, co ludzkie, czego konsekwencją jest prawdziwie tragiczny wątek nadający filmowi głębokiego dramatyzmu.

Źródło: UIP

To rozciągnięcie akcji ma też swoje wady, najbardziej widoczne w pierwszej części produkcji. Dla uatrakcyjnienia fabuły Aronofsky oraz pomagający mu przy scenariuszu Ari Handel postanowili dodać wątki, które musi mieć każdy porządny blockbuster: trochę mordobicia i niezwykłe postaci. Tak więc rodzina Noego ukrywa się przed żądnym krwi potomkiem Kaina i jego ludem, a w budowaniu arki pomagają kamienni olbrzymi. Co prawda Stary Testament wspomina o gigantach, którzy zrodzili się ze związków aniołów z kobietami, jednak trudno sobie wyobrazić, aby mieli oni postać skał wypełnionych światłem. O ileż lepszy byłby Noe, gdyby pozbył się tego (w przypadku olbrzymów dość taniego) efekciarstwa i skupił jedynie na budowaniu dramatu człowieka, który wypełnia Boży plan!

Pomijając chodzące głazy, pod kątem wizualnym niczego produkcji zarzucić nie można. Wizja kosmogonii, arka czy sam potop wyglądają dokładnie tak, jak powinny ? odpowiednio surowo i majestatycznie. Treści przekazywane w Starym Testamencie różnią się znacznie od etyki miłości bliźniego nauczanej przez ewangelistów, co dobrze uwypuklają złowrogie i chmurne pejzaże Islandii. Warto zobaczyć to na dużym ekranie, a nawet w sali 4DX, która oferuje 24 rodzaje efektów specjalnych. Choć nie każdy film dobrze wykorzystuje jej potencjał, to w przypadku Noego możemy liczyć na intensywne wrażenia: nie tylko silne turbulencje gwarantowane przez ruchomy fotel, ale też powiewy wiatru, zapach spalenizny, mgiełkę, błyski, świsty i delikatne uderzenia.

Źródło: UIP

Pozostaje tylko żal, że Aronofsky miał za plecami wielkie studio, które zapewne wymogło na nim liczne kompromisy. Widać w Noem przebłyski geniuszu, zwłaszcza wtedy, gdy staje się on kameralną opowieścią o trudnym wyborze. Trudno jednak nie zauważyć też starań, by był to film łatwy w odbiorze, dostosowany do multipleksowej widowni. Przejawia się to nie tylko w nafaszerowaniu go akcją o znaczeniu czysto rozrywkowym, ale też w dosłownym potraktowaniu symboli: pokonane olbrzymy w formie światła unoszą się do nieba, a grzech pierworodny kręci się wokół jabłka i węża (zupełnie zignorowano fakt, że gad ten był jednym końcem przymocowany do Adama?). Biorąc pod uwagę, jak dużego wyzwania podjął się reżyser oraz jakie miał na swej drodze ograniczenia, i tak można nazwać go zwycięzcą. Może nie dostąpi z miejsca zbawienia, ale nie spotka go też ani boska kara, ani wieczne potępienie ze strony kinomanów.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz