„Polskie gówno”, czyli depresja rockmana -recenzja filmu

"Polskie gówno" to film, który określany był jako rozrachunek z miałką rzeczywistością zakompleksionego światka, wirującego wokół migoczącego światła showbiznesu. Scenarzysta, Tymon Tymański, opatrzony w bagaż doświadczeń muzycznych, koncertowych, zakulisowych, stworzył jednak projekt banalnej, czarno-białej i przewidywalnej rzeczywistości, która trąci zgryzotą, depresją i tanim alkoholem, kupionym za ostatnie pieniądze.

Głównym bohaterem jest zgrabne alter ego twórcy - Jerzy Bydoszcz - czterdziestolatek z ambicjami, który uciemiężony sytuacją finansową, postanawia reaktywować swój zakurzony zespół - Tranzystory. Pieczę nad menagementem przejął jego obrotny komornik - Czesław Skandal (Grzegorz Halama), stawiający sobie za cel upojne używanie życia, opartego na sile pieniądza. Szybko okazuje się jednak, że rynek muzyczny weryfikuje górnolotne plany - aby zaistnieć, należy zawierzyć się zszarganej komercji.

Film Tymańskiego i Jankowskiego jest filmem oczywistym, opartym na schemacie, a przez to suchym. O ile pierwsza część filmu bywa zastanawiająca, druga zupełnie się rozjeżdża, książkowo rozdzielając się na dwugłosowość racji. Widz dochodzi do wniosku, że polski ?gówniany? sukces, warunkowany jest postawą artysty - musi się on oddać, sprzedać, poniżyć, by wreszcie starczyło mu na paliwo, które pozwoli mu dojechać na kolejny koncert w zapadłym mieście X.

I wychodzę z seansu rozczarowana myślą, że kałdun doświadczeń przystojnego pierwowzoru nie rozcieńczył dzieła autentycznością, pomysłem, werwą.Jest tu trochę tak, jakby rzeczony musical był kolejną komercyjną opowieścią, satyrą samą na siebie, żartem nie mniej z opisywanej rzeczywistości, co z widza, który oczekuje jawności, otwartości, obnażenia, które przyniesie wyczekiwane katharsis.

Filmowe danie ma w sobie kilka smaczków: muzykę (stworzoną przez samego Tymańskiego), która rzetelnie komentuje obraz i myśl oraz to przeświadczenie, że kontrast był celowym zamiarem twórców - tak, aby wydobyć esencję. Jestem jednak przekonana, że na wstępie zboczono z drogi i zapomniano się w swoich zamysłach. Nie można opowiadać o świecie żywym - w sposób przekonywujący - ograniczonym, niepewnym, słownikowym językiem. To nie ma prawa wyjść rzetelnie.

Coraz częściej odnoszę wrażenie, że kino polskie zaczyna usilnie szukać kontrowersji (?Płynące wieżowce?, ?Galerianki?, W imię?), gubiąc pomysł, przekaz, wartość."Polskie gówno" nie jest filmem dla widza bardziej wymagającego, dla widza, który oczekuje musicalu gatunku stricte - to film dla laika, który lubi zajrzeć na koniec książki nim w ogóle rozpocznie lekturę.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

6 thoughts on “„Polskie gówno”, czyli depresja rockmana -recenzja filmu

  1. Mówi się, że rock umarł, ale ludzie przecież żyją. Mi się wydaje, że to może być właśnie film o tych stałych marzeniach i czy w ogóle jest sens nimi podążać, a może lepiej udawać, że jest się normalnym, nieszczęśliwym człowiekiem, który zatrzymał się na pierwszym stopniu piramidy Maslova.

     

Dodaj komentarz