Z pokorą po Warsaw Grand Prix ? o laureatach 29. edycji Warszawskiego Festiwalu Filmowego

Wraz z wczorajszym dniem 29. edycja Warszawskiego Festiwalu Filmowego przeszła do historii. Jury w składzie Iulia Rugină, Yariv Horowitz, San Fu Maltha, András Muhi i Krzysztof Varga postanowiło, że Warsaw Grand Prix oraz sto tysięcy złotych powinno trafić w ręce Pawła Pawlikowskiego, twórcy docenionej już nie tylko u nas, ale i na całym świecie Idy. W Konkursie Międzynarodowym uhonorowano także estońsko-gruzińskie Mandarynki (nagroda za najlepszą reżyserię dla Zazy Urushadze) oraz litewsko-łotewskiego Hazardzistę (Specjalna Nagroda Jury dla producentów filmu). O ile często wyniki takich konkursów są kontrowersyjne, to tym razem redakcja Kinoactive nie ma najmniejszych wątpliwości co do słuszności werdyktu.

Kadr z filmu ?Ida?. Fot. WFF

Ida

Lubimy ostatnio mówić językiem filmu o Żydach. Zrobiła to już Agnieszka Holland w W ciemności, Władysław Pasikowski w Pokłosiu, Jan Kidawa-Błoński w W ukryciu (również pokazywanym na WFF-ie) oraz Paweł Pawlikowski w Idzie. Istnieje jednak ogromna różnica między dwoma ostatnimi tytułami a resztą. To już nie jest kino rozliczeniowe ? wydarzenia historyczne przestają być ?clue programu?, stają się one jedynie punktem wyjścia do stworzenia opowieści o uniwersalnym przekazie. Panowie robią to jednak na dwa różne sposoby: Kidawa-Błoński skupia się na budowaniu melodramatu, Pawlikowski natomiast wypowiada się na temat poszukiwania własnej tożsamości, brania losu w swoje ręce.

Siła Idy tkwi w konsekwentnej na każdym polu skromności. Pokora tytułowej bohaterki, wychowanicy zakonnic, która szykuje się do złożenia ślubów, ma swoje odzwierciedlenie w surowej formie filmu. Czarno-białe zdjęcia w formacie 4:3, z charakterystycznym pozostawieniem dużej ilości wolnego miejsca nad głowami postaci, są nie tylko niezwykle ?plakatowe? i stylowe (zasługa operatorów Ryszarda Lenczewskiego i Łukasza Żala), ale też dopowiadają to, co nie zostało wyartykułowane w sposób tradycyjny. W kadrze, w którym ? przestrzeni zajmuje niebo, ludzie wydają się jeszcze bardziej osamotnieni, zagubieni. W narracji także nie ma miejsca na egzaltowane wywody, na napawanie się dramatyzmem, wskazywanie palcem winnych. Ida oraz pomagająca jej odnaleźć groby rodziców ciotka, Wanda Gruz, tłumią w sobie cierpienie i nie uzewnętrzniają go bezpośrednio, przez co staje się ono jeszcze dotkliwsze. Istnieją bowiem kwestie, których słowa nie są w stanie opisać, są bezużyteczne.

To zaskakujące, na ilu poziomach można odczytywać tę trwającą zaledwie 80 minut historię. Mamy tu intymne dramaty, obraz powojennej Polski, konfrontację dwóch silnych, lecz całkiem odmiennych kobiecych postaci oraz ponadczasową opowieść o szukaniu własnej drogi. Udział dwóch świetnych, temperamentnych aktorek, Agaty Kuleszy i debiutantki (!) Agaty Trzebuchowskiej oraz dopracowana w każdym calu warstwa wizualna (a także muzyczna, gdyż film ozdabia śpiew Joanny Kulig) sprawiają, że Ida to po prostu dzieło kompletne, doskonałe, czarujące prostotą i elegancją.

Kadr z filmu ?Mandarynki?. Fot. WFF

Mandarynki

Na podobnym pomyśle ? osadzenia akcji w konkretnych realiach historycznych po to, by wysnuć uniwersalne wnioski o człowieczeństwie ? opiera się estońsko-gruzińska koprodukcja Mandarynki. Reżyser Zaza Urushadze przenosi nas do roku 1992 na tereny Abchazji, która w tym czasie walczy o odłączenie się od Gruzji. Mieszkają tam dwaj bezstronni Estończycy, plantator mandarynek Marcus i jego wspólnik Iwo. To właśnie ten drugi, starszy już mężczyzna postanawia pomóc rannym żołnierzom, którzy zostali poszkodowani nieopodal jego domu. W ten sposób pod jednym dachem kurują się członkowie dwóch wrogich obozów: Czeczeniec i Gruzin.

Mandarynki, film na wskroś pacyfistyczny, ma wymowę prostą, ale w kinie jakby nieobecną ? świadczy o nas postępowanie, nie miejsce urodzenia, dlatego nic, nawet wojna, nie może być usprawiedliwieniem dla mordu. Jednocześnie Urushadze nie posuwa się do natrętnej publicystyki. Iwo, chociaż jest uosobieniem moralności i humanitaryzmu, ma w sobie jakieś zrozumienie i cichą akceptację dla wojny; zdaje sobie sprawę, że świat już tak został urządzony, że pokój nigdy nie będzie trwały. Dzięki temu hasło przewodnie (wszyscy jesteśmy braćmi!) nie brzmi naiwnie.

Równie istotna co opowieść o dwóch przeciwnikach, którzy zmuszeni są siadać przy jednym stole, jest historia ich rozjemcy. Mimo że konflikt zbrojny nie dotyczy Iwa bezpośrednio, los go nie oszczędza. Jednak nic, nawet doświadczenie okropności wojny, nie jest w stanie zachwiać jego wiary w moralność i w człowieka w ogóle. Poprzez zobrazowanie relacji Estończyka i jego dwóch ?podopiecznych? Mandarynki stają się filmem o sile autorytetu i szacunku dla podstawowych wartości. W tej ?czystości? oraz szczerości przekazu obraz jest niezwykle poruszający i to w daleki od taniości sposób. To zasługa idealnej proporcji między humorem a makabrą wojny, dzięki tej równowadze film ani nie banalizuje poruszanych problemów, ani nie popada w patetyczny ton. To obok Idy kolejny dowód na to, że skromność środków pozwala tworzyć najbardziej przejmujące i ciekawe kino.

Kadr z filmu ?Hazardzista?. Fot. WFF

Hazardzista

Reżyser Hazardzisty, Ignas Jonynas, wydaje się być litewskim odpowiednikiem Wojciecha Smarzowskiego (w trakcie seansu jego filmu na myśl przychodzi zwłaszcza Drogówka). Łączy ich podobny chłód, z jakim obchodzą się ze swoimi postaciami, a także zbliżona wizja świata: cynicznego, zepsutego, skazującego jednostki z kręgosłupem moralnym na zagładę. A i temat obrał Jonynas ?polski?, bo wydarzenia przedstawione w filmie przypominają aferę ?łowców skór?, która miała miejsce już ponad dziesięć lat temu w Łodzi. Fikcyjni sanitariusze nie dopuszczają się co prawda zabójstw, ale zbijają fortunę na zakładach, w których obstawiają, który z pacjentów umrze pierwszy.

Brak w Hazardziście jednoznacznej oceny postępowania bohaterów. Z jednej strony reżyser w żadnym momencie nie pochwala tego bezdusznego, uprzedmiotawiającego człowieka procederu, z drugiej jednak zdaje sobie sprawę, że nic nie jest czarno-białe. Główny bohater obrazu, Vincentas, jako pracownik roku dostaje nagrodę w postaci pisemnego podziękowania, kubka i batoników, a pensja ratownika medycznego jest tak niska, że nie pozwala nawet na wyleczenie sobie zębów. Żenujące zarobki nie usprawiedliwiają co prawda zachowania bohaterów, ale pozwalają choć trochę zrozumieć ich motywację. Ponadto okazuje się, że wyzucie z empatii nie dotyczy wyłącznie kilkunastoosobowej grupy ? kiedy zakłady trafiają do Internetu pod nazwą Deadbook, robią tam natychmiastową karierę. Cynizm wyrasta tu na problem całego społeczeństwa.

Obok tej bolesnej diagnozy w Hazardziście znalazło się miejsce na równie niejednoznaczną refleksję o trwałości zasad moralnych. Jonynas ociera się w ten sposób o nadętą publicystykę, ale ostatecznie chronią go przed nią dystans, ironia i obiektywizm, z jakimi kreśli tę opowieść. Dba również o to, by była ona atrakcyjna dla widza, dlatego miksuje ze sobą thriller, romans i dramat. Dopełnieniem jest ciekawa warstwa audiowizualna ? udana zabawa slow motion i wystylizowane zdjęcia, dla których oprawą jest doskonała, ?zimna? muzyka electro. Efektem jest mocne, trafiające w punkt i interesujące formalnie kino.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz