„Pani z przedszkola”, czyli spowiedź przedszkolaka – recenzja filmu

"Pani z przedszkola" - kobieta jakże znacząca, ciocia, którą ochoczo ciągnęło się za fartuch, gdy opiekun spóźniał się po odbiór stęsknionej pociechy, pierwsza nauczycielka życia pod nieobecność rodzica - 26 grudnia do kin wchodzi komedia Marcina Krzyształowicza, twórcy gęsto nagradzanej Obławy - komedia, będąca nie-poważnym traktatem o rozrachunku z przeszłością, a jednocześnie odważnym eksperymentem, w powodzenie którego uwierzyła nie tylko plejada gwiazd, lecz także pokaźne grono producentów.

Dojrzały mężczyzna (Łukasz Simlat), frapowany niepełnosprawnością swojej męskości, powraca do - zatraconych w niepamięci meandrów swojej przeszłości - odwiedza zapomniane przedszkole, w którym odnajduje epicentrum swoich nieszczęść i główną przyczynę swoich zaburzeń psychicznych i seksualnych. Spotyka ojca (Adam Woronowicz), niegdyś obecnego jedynie fizycznie widzi matkę (Agata Kulesza), która uległa urokowi sympatycznej przedszkolanki (Karolina Gruszka), a niedługo potem wypadkowi samochodowemu, który to nieodwracalnie przykuł ją do wózka inwalidzkiego. Mężczyzna nieśmiało rozgaszcza się w swoich retrospekcjach, próbując na nowo zrozumieć to, co się stało, nadać wydarzeniom sens, a nawet zmienić ich bieg.

"Pani z przedszkola" to komedia nieoczywista - podobnie jak w propozycji Jerzego Sthura ?Obywatel, twórca zdecydował się oprzeć wydźwięk na indywidualnej percepcji - humor w filmie jest humorem umownym, często stricte ?wewnętrznym?, opartym na własnych doświadczeniach, spostrzeżeniach, czy potrzebie rozliczenia się z tym, co minione, w towarzystwie zdystansowanego głównego bohatera.Film Krzyształowicza to próba odejścia od schematu, swobodna gra z widzem. Reżyser, motywowany "potrzebą płodozmianu", sięga po - utrwalony w podświadomości punkt wspólny dla szerokiego grona swoich odbiorców, usiłując przeprowadzić im grupową terapię, bazując na komediowych chwytach i sprytnych unikach, właściwym filmowcom.

To, co zachwyciło mnie w Pani z przedszkola to to, że świat PRL-u przedstawiony na ekranie nie trąci szarością, nie zatapia się w monotonii, nie pachnie octem. Ma kolor, wyraz, charakter. Te trzy czynniki potęgowane są starannie wypieszczoną, dopasowaną i skomponowaną muzyką (producenci zapowiadają płytę z soundtrackiem), która wydobywa to, co w formie najlepsze, co dodaje znaczeń. Przeszłam terapię, która nic we mnie nie zmieniła. Wybuchałam śmiechem i zastygałam. Otwierałam i zamykałam oczy. Chwilami na myśl przychodziła mi wędrówka Scrooge?a z Opowieści wigilijnej i jego potrzeba zmiany rzeczywistości poprzez rozrachunek z błędami na osi czasu. Nie musisz mi wierzyć, możesz śmiało ocenić sam. Jak można wierzyć komuś, kto ? tak, jak ja, nigdy nie chodził do przedszkola?


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz