Osiągnąć szczyt samotności… – recenzja filmu ?Matterhorn?

0

Iza Krol

02.02.2014

?Matterhorn? niedawno wyjechał z Rotterdamu z Nagrodą Publiczności, a już 7 lutego zawita w polskich kinach studyjnych.

W poukładane, stateczne i nudne życie wdowca - Freda wkrada się rodzaj szaleństwa, które za sprawą tajemniczego Theo pomoże mu pozbierać się po śmierci żony i naprawić relacje z synem, którego wyborów do tej pory nie tolerował, i spełnić swoje największe marzenie - powrócić do miejsca, gdzie czuł się najszczęśliwszy.

Życie każdego człowieka składa się z rytuałów, o ile w rytuałach zazwyczaj nie ma nic złego, to namaszczenie, z jakim bohater tej komedii traktuje każdą swoją aktywność ociera się o fobię. To samo stałe miejsce w kościele od lat, posiłek spożywany o tej samej równej godzinie, na kolację niezmiennie fasolka, trzy ziemniaki i kiełbasa. W czynnościach Freda nie ma miejsca na przypadkowość i fantazję. Kiedy jednak  pięćdziesięcioletni bohater opuszcza swoją enklawę widzimy, że na zewnątrz nic się nie zmienia - w małym holenderskim miasteczku wszystko jest równie idealne, jak dom wdowca. Czysty i uporządkowany świat to równo przystrzyżone żywopłoty, zadbane ogródki, tutaj nawet topole rosną w rzędach.  Strażnikiem holenderskich sumień jest nie tylko tradycja i religijność, są nim także sąsiedzi, z troską obserwujący siebie nawzajem. W tym perfekcyjnym świecie pojawia się tajemniczy przybysz uznany z początku za żebraka. To zalążek przyjaźni, która odmieni życie naszego wdowca. Ale to nie dobroduszność każe mu przygarnąć Theo pod swój dach, wydaje się, że to raczej samotna dusza woła o towarzystwo. Ta rewolucja nie odbywa się bez wątpliwości, bo i nieznajomy zaczyna zaburzać chociażby rytm posiłków Freda. Konfirmację swoich działań otrzymuje niejako od Najwyższego, słysząc o tym, aby nagich przyodziać, głodnych nakarmić, spragnionych napoić.  Specyficzna relacja obu panów wkrótce zacieśnia się jakby naturalnie, przy minimalnym wykorzystaniu słów i gestów.

Na początku Fred wydaje się postacią nie tyle charakterystyczną, co kompletną, to tajemniczy przybysz wzbudza ciekawość - małomówny, upośledzony, ale ciepły duchem, potem role odwrócą się i to wdowiec okaże się zabłąkaną duszą, odkrywając w sobie nieznane pokłady dobroci, buntu, wreszcie zdobędzie się na rzeczy, których nigdy po sobie nie spodziewał się, wędrowiec pozostanie sobą do końca. Jego rolą będzie katalizowanie zachowań. Fred traktuje towarzysza jak dzikusa, instruuje, jak używać widelca. Okazuje się, że w ten idealny świat trudno wpasować kogoś z zewnątrz, jego świat jest tak ciasny, że nie ma w nim miejsca na żadne odstępstwa od normy. Ekscentryczny nieznajomy polubi wkrótce przebierać się w sukienki zmarłej żony Freda, a jego największym talentem będzie naśladowanie odgłosów zwierząt, a Fred... zacznie dotrzymywać mu kroku. Wkrótce te dziwne zachowania stanął się tematem plotek. To będzie prawdziwa sensacja w tym poukładanym i od linijki skonstruowanym miasteczku. Ten kontrast to źródło humoru, ale ?Matterhorn? czasami rozbawia do łez, a czasami łzy wyciska, bo to film o samotności, o tym, że naszą największą potrzebą jest po prostu potrzeba bliskości, miłości, towarzystwa, a niemożność wyrażania swoich uczuć staje się prawdziwą katorgą i piętnem. W pełnometrażowym debiucie Diederika Ebbinge?a mamy do czynienia trochę z naigrywaniem się z stereotypową wielką walką o tolerancję środowisk homoseksualnych. Relacja dwóch facetów została pokazana w sposób niewylewny i szalenie inteligentny. Nieprawdziwe pogłoski o tym, że Fred i Theo są parą nie zniechęcą wdowca do zerwania przyjaźni, wręcz przeciwnie - zrzuci wszystkie więzy protestanckiego wychowania i nareszcie zdobędzie się na manifestację tak pożądanego przeżycia - mówcie co chcecie, ale w końcu jestem szczęśliwy.

Świetnie udało się w ?Matterhorn? pokazać to proste przesłanie, ale unikając taniego sentymentalizmu. Trochę absurdu, komediowej nuty, pięknych zdjęć afirmujących lata 60. i 70. w połączeniu ze świetnym aktorstwem dają film absolutnie dla wrażliwych i otwartych widzów. Miasteczko, w którym żył Fred, zostało pokazane jak klaustrofobiczne więzienie zbudowane z religijnych zakazów i nakazów, nic dziwnego, że Fred tęsknił za przestrzenią, za miejscem, gdzie mógłby wreszcie oddychać pełną piersią. Matterhorn - na ten wierzchołek patrzy w końcu Fred i cieszy się życiem... niesamowite, że innych ta góra odstrasza wyglądem... a może niedostępnością?


Brak ocen

Prosimy zaczekać ...

Dodaj komentarz