Ograna sztuczka ? recenzja ?Magii w blasku księżyca?

Woody Allen nie daje sobie i widzom chwili wytchnienia: jedna produkcja rocznie to minimum, jakie wyrabia ten siedemdziesięcioośmioletni twórca. Choć nie zdarza mu się znacznie skrewić, to krzywa jego ostatnich dokonań wskazuje na to, że po każdym dobrym filmie następuje spadek formy. Po przezabawnym O północy w Paryżu przyszedł czas na grubymi nićmi szytych Zakochanych w Rzymie, z kolei zaskakująco pesymistyczna Blue Jasmine zdobyła uznanie nie tylko miłośników najsłynniejszego neurotyka w dziejach kina, ale i krytyków. Po takim wstępie możecie się już domyślić, jak prezentuje się Magia w blasku księżyca ? to jeden z tych obrazów Allena, które mogłyby zwyczajnie nie powstać.

Skoro jednak Magia... powstała, należy pochwalić reżysera za nieustający wigor, poczucie humoru i lekkość dialogów. Trafiające w punkt, ironiczno-zabawne kwestie to w końcu znak firmowy Allena i trybik, który przez pięćdziesiąt lat jego artystycznej aktywności ani trochę nie pokrył się rdzą. Tym razem włożył je w usta iluzjonisty Stanleya (stworzony do tej roli Colin Firth) oraz ślicznej Sophie, która robi karierę w bogatych domach jako medium (słodka i zadziorna Emma Stone). Mogłoby się zdawać, że skoro Stanley para się magicznymi sztuczkami, nieobca mu jest ezoteryka oraz szeroko pojęte sprawy ducha. Rzeczywistość maluje się dokładnie odwrotnie: mężczyzna (aż chce się rzec ? stereotypowy Anglik, który połknął kij od szczotki) gdyby mógł, to wytatuowałby sobie na czole Nietzscheańskie ?Gott ist tot?. Niezachwiana wiara w naukę oraz przekonanie o tym, że religia (a co za tym idzie, zaświaty) to wymysł słabych umysłów, czynią ze Stanleya naturalnego ?wroga? Sophie, który na Lazurowym Wybrzeżu pojawia się w charakterze jej demaskatora. Magia w blasku księżyca czerpie komizm niemal wyłącznie z kontrastu między bohaterami, antynomia ta pcha również nieskomplikowaną akcję do przodu.

?Nieskomplikowany? to dla tego filmu słowo-klucz, podobnie jak inne epitety z pobliskiej półki: ?banalny?, ?błahy?, ?trywialny?. ?Europejskie? produkcje Allena już dawno przyzwyczaiły nas do tego, że reżyser zgubił bezczelność i dystans, które charakteryzują wczesny etap jego kariery. Jednak Magia w blasku księżyca szczególnie uwydatnia smutny fakt, że Allen (wybaczcie mi ten kolokwializm) ?stracił jaja?. Po autorze prześmiewczego i bezpruderyjnego Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się zapytać oczekujemy więcej niż grzecznej, prostej, letniej komedyjki. Jako propozycja na beztroski wieczór sprawdzi się idealnie (poza humorem znajdziemy tu wdzięczne postaci, wspaniałe francuskie plenery, urzekający klimat lat 20.), lecz trzeba się liczyć z tym, że przez swoją przewidywalność i myślową pustkę wyleci nam z głowy dzień po seansie.

W Magii w blasku księżyca Allen próbuje oczarować widza pięknem Lazurowego Wybrzeża i słodyczą swych postaci. Konflikt przeciwieństw to jednak sztuczka zbyt ograna, aby zapewnić w pełni udane show. Wierzę jednak, że ? w zgodzie ze ?wzorem? ? w przyszłym roku magik kina odświeży repertuar (na Rhode Island trwają zdjęcia do kolejnego, niezatytułowanego jeszcze projektu z Emmą Stone i Joaquinem Phoenixem w rolach głównych).


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz