Oblicza samotności na Warszawskim Festiwalu Filmowym

Kiedy w roku 1985 startował pierwszy Warszawski Festiwal Filmowy, w programie znalazło się raptem 30 filmów. Trwająca od piątku 29. edycja to ponad 200 tytułów, liczba imponująca i nie do ogarnięcia przez jedną osobę w ciągu 10 dni trwania imprezy. I chociaż organizatorzy postarali się o dobry poziom proponowanych pozycji, to w tym morzu produkcji łatwo przegapić najbardziej wartościowe okazy. My do tej pory wyłowiliśmy dwie perełki: włosko-brytyjskie Zatrzymane życie Uberta Pasoliniego (film otwarcia) oraz włosko-francuskie Miele Valerii Golino (prezentowane w sekcji Pokazy specjalne, zarezerwowanej dla obrazów, które zrobiły już karierę na innych festiwalach).

Filmy łączy nie tylko częściowo włoskie pochodzenie, ale też zbliżona tematyka, gdyż oba poruszają kwestię samotności. Zwłaszcza Pasolini mówi o niej głośno i dużo, podczas gdy Golino sugeruje ją szeptem. Odosobnienie pojawia się w jej filmie jako nieodłączny element problematyki jeszcze trudniejszej ? eutanazji. Miele, czyli po polsku miód, to zawodowy pseudonim Irene, bohaterki, która jest prawdziwym miodem dla schorowanych osób pragnących ukrócić swe cierpienia. A przynajmniej tak chce siebie widzieć, gdyż święcie wierzy w to, że jako osoba świadcząca nielegalną we Włoszech usługę przyspieszenia śmierci, pełni rodzaj misji, niesie ukojenie. Ma przy tym kodeks moralny i bhp pracy, które pomagają jej pozbyć się wyrzutów sumienia. Bardziej męczy ją prowadzenie podwójnego życia (jej profesja musi pozostać tajemnicą), więc stresy odreagowuje przez wysiłek fizyczny. Dopiero gdy jej klientem zostaje zdrowy, lecz znudzony życiem 70-latek, fasada obojętności zaczyna się rozpadać.

Kadr z filmu ?Miele?, fot. WFF

Tutaj mogą wkraść się wasze obawy, że Golino poszła najbardziej wytartą ścieżką i stworzyła naiwną historię o przyjaźni starca i młodej kobiety, którzy uczą się od siebie, że warto żyć. Możecie być jednak spokojni, gdyż reżyserka nie poszła na łatwiznę, nie starała się nakręcić pokrzepiającej bajki. W centrum jej zainteresowań znajduje się Irene i targające nią wątpliwości. Bo czy istnieją ludzie, którym szybsza śmierć należy się bardziej i czy ktokolwiek ma prawo o tym decydować? Dziewczyna zapewnia klientom bezbolesne odejście przy akompaniamencie ich ulubionej muzyki, w towarzystwie członków rodziny, którzy wpychają chorym na pożegnanie czekoladki i kieliszek wódki, ale śmierć wciąż jest tak samo okrutna i przerażająca. Wbrew początkowym przekonaniom bohaterki, ta upiorna ceremonia nie jest w stanie niczego zmienić.

Miele, chociaż koresponduje z Miłością Hanekego, nie wchodzi w istotę problemu aż tak głęboko. Jest jednak filmem równie mocnym i poruszającym, okazuje się bowiem, że nic i nikt nie jest w stanie zaoferować kojącej śmierci, a zgorzknienie i samotność także bywają nieuleczalną chorobą. Nie bez przyczyny obraz został obsypany nagrodami we Włoszech, a Jury Ekumeniczne doceniło go na ostatnim festiwalu w Cannes.

Równie wstrząsającym, chociaż wyciszonym i oszczędnym w środkach tytułem jest Zatrzymane życie. Spodobał się w Wenecji (Pasoliniego uhonorowano statuetką dla Najlepszego Reżysera w sekcji Orizzonti), ciepło przyjęty został też w Warszawie, gdzie nie dość, że zgromadził na sali kinowej blisko 700 osób, to niektórzy z widzów wykorzystali spotkanie z twórcą po seansie do złożenia mu podziękowań za to ?arcydzieło?. I chociaż to określenie jest zdecydowanie przesadzone, to niewątpliwie trudno o bardziej angażujący emocjonalnie i wzruszający (ale nie ckliwy) film. Czy może być bowiem coś bardziej smutnego niż śmierć, która nikogo nie obchodzi? Takimi przypadkami zajmuje się John May (idealny w tej roli Eddie Marsan), londyński urzędnik odpowiedzialny za pochówek zmarłych, którzy nie mają żadnych krewnych i przyjaciół. Podobnie jak Irene z obrazu Golino traktuje on swoją pracę jako misję, a jego zaangażowanie czyni z niego kogoś na kształt ponurego Charona. Fabuła kręci się wokół ostatniej sprawy Johna, w czasie której zagłębia się on w burzliwą historię Billy?ego Stoke?a. Co sprawiło, że mężczyzna, który kiedyś miał wszystko, przez kilka tygodni leżał martwy w swoim mieszkaniu i nikt tego nie zauważył? Rozwiązywanie tej zagadki sprawia, że Zatrzymane życie przypomina momentami film detektywistyczny.

Kadr z filmu ?Zatrzymane życie?, fot. WFF

Dramat Johna Maya polega na tym, że mu zależy. Wrażliwość i szacunek nie pozwalają mu na ?odbębnienie? swoich obowiązków. Stara się poznać zmarłych, pisze im mowy pogrzebowe, zwykle jako jedyny uczestniczy w ceremonii i pragnie zatrzymać pamięć o nich poprzez umieszczenie ich fotografii w specjalnym klaserze. Niedzisiejsza empatia nie pozwala mu się odnaleźć w pędzącym świecie. Wraca do pustego domu. Najlepsze, najbardziej poruszające są właśnie te sceny, w których John je w samotności swojego smutnego tuńczyka z konserwy, a później z pedanterią wkleja do albumu nowe zdjęcia. Te szczegóły nasuwają na myśl najważniejsze pytanie: kto będzie pamiętał o Johnie, skoro to właśnie on jest ostatnim strażnikiem pamięci?

Niestety reżyser postanowił udzielić dosłownej odpowiedzi. Film jest na tyle wymowny, że obyłby się bez ostatnich, niepozostawiających miejsca na domysły scen. Pasolini trochę zagalopował się też w nasyceniu ich dramatyzmem, czego dowodem był nagły szelest chusteczek do nosa rozlegający się po sali kinowej. Minimalizm i wyciszenie przy jednoczesnym zachowaniu ogromnego ładunku emocjonalnego (inspirowane kinem Yasujira Ozu, którym twórca się fascynuje), w końcówce przeradzają się w łzawy chwyt. To jednak nic, bo Zatrzymane życie nadal pozostaje przejmującym dramatem o ścianach, które sami między sobą stawiamy, a także jednym z lepszych obrazów pierwszych trzech dni tegorocznego WFF-u. Włochy górą.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz