Nolan zbacza z kursu ? recenzja ?Interstellar”

Współczesne kino rozrywkowe nie istniałoby bez Christophera Nolana. Można się kłócić, czy jako twórca nie jest przeceniany, ale fakt pozostaje faktem ? kinomani równie żarliwie oczekują tylko na superprodukcje sygnowane przez Davida Finchera i Ridleya Scotta. Wieść o tym, że tym razem autor ?Mrocznego rycerza? zabierze nas w podróż międzyplanetarną (a nawet międzygalaktyczną), spotkała się z niezwykłym entuzjazmem, który dopompowywała cwana polityka marketingowa. W końcu sen się ziścił, ?Interstellar? trafił na nasze ekrany. Czy rzeczywiście zapewnia kosmiczny odlot? Odlot może tak, jednak bardziej do Nibylandii niż w rejony przełomowego kina sci-fi.

Co mam na myśli, pisząc Nibylandia? Przede wszystkim fabułę pełną fantazyjnych rozwiązań, co w tym przypadku niekoniecznie oznacza zaletę. Oczywiście nie powinniśmy oczekiwać stuprocentowego realizmu od fantastyki naukowej, jednak czym innym jest kreowanie własnych teorii na temat czasoprzestrzeni, a czym innym niezgodność z psychologią postaci i zwyczajny brak logiki. Daje się to we znaki szczególnie w ?ziemskim preludium?, czyli części poprzedzającej wyprawę w poszukiwaniu nowego domu dla Ziemian. Recenzenci najchętniej przywołują tu kwestię wysłania w kosmos człowieka wziętego niemalże z ulicy (co prawda Cooper pilotował już wcześniej statek, jednak nie ma pojęcia o tym, jak działa czarna dziura), moją ulubioną wpadką jest zaś kazanie inżynierowi, a więc umysłowi ścisłemu, aby wyczytywał kody binarne z kupek pyłu. Szkoda, że nie poszukał ich także w fusach po porannej kawie.

Banału w ?Interstellar? nie brakuje, a więc zawiodą się ci, którzy spodziewali się ambitnej fantastyki. Próby wprowadzenia filozoficznych zagwozdek ograniczają się tu do kilku drętwych dialogów, które bardziej złośliwi ode mnie nazwali mądrościami ? la Paulo Coelho. Ale czy reżyser rzeczywiście silił się na nową ?Odyseję kosmiczną?? Wątpię, a przynajmniej chcę wątpić, bo odpowiedź twierdząca oznaczałaby, że nie mylą się ci, którzy uważają Nolana za jednego z najbardziej przereklamowanych reżyserów naszych czasów. ?Interstellar? to nic więcej niż kino rozrywkowe zrealizowane z wielką pompą. Jeśli taki był cel, to nie ma za co odsądzać filmowca od czci i wiary, ta trzygodzinna produkcja zgrabnie nawiązuje do estetyki sci-fi z lat 50., dobrze wygląda (jednak w porównaniu do ?Grawitacji? prezentuje się dość skromnie) i całkiem skutecznie wbija w fotel, zwłaszcza gdy daje wybrzmieć muzyce Hansa Zimmera.

Wobec tego nie dowiemy się z ?Interstellar? niczego o miejscu człowieka we wszechświecie, Nolan nie proponuje w tej (ani w żadnej innej) kwestii nowatorskiego rozwiązania. Bardziej interesuje go ?rodzinny? aspekt tej opowieści, dlatego najwięcej napięcia niesie ze sobą relacja Cooper ? Murph. Intymny wymiar tego wątku psuje jedynie sentymentalizm, który kole w oczy zwłaszcza w finale. Ciekawie wypada także epizod Matta Damona, który jako doktor Mann udaje się w najbardziej samotną misję w dziejach. To właśnie na drugą godzinę filmu przypadają najlepsze sceny.

Mamy tu do czynienia z klasycznym przypadkiem tzw. overhype?u ? na niekorzyść ?Interstellar? najbardziej działają wywindowane pod niebiosa oczekiwania. Tak, możemy się poczuć oszukani, choć cięgi, jakie zbiera ta produkcja, wydają mi się nieadekwatne do przewinienia. Największą wadą filmu Nolana jest to, że to film Nolana.


Dodaj komentarz