Niewolnicy hipokryzji ? recenzja ?Zniewolonego. 12 Years a Slave?

Reżyserska kariera Steve?a McQueena nie jest długa, ale Brytyjczyk zdążył już wskoczyć do szeregu najciekawszych współczesnych twórców. Wobec tego, że dał się poznać jako autor kameralnych dramatów takich jak Wstyd oraz Głód, pomysł przeprowadzki do Hollywood i opowiedzenia na ekranie wycinka z amerykańskiej historii zadziwił nie jednego kinomana. Ci mogą pozostać spokojni ? chociaż reżyser wypolerował nieco chropowatość swego stylu i tym razem postawił na kino trochę łatwiejsze w odbiorze, to trudno powiedzieć, że się ?sprzedał?. Gdyby za Zniewolonego odpowiadał ktoś inny, efektem mógłby być melodramatyczny almanach afroamerykański, w którym całkowite zniesienie niewolnictwa jawiłoby się jako słodki happy end, dobudowanie kolejnego piętra do nowoczesnej twierdzy demokracji i praworządności, którą teoretycznie jest Ameryka. McQueen wystrzega się uproszczeń i udowodnia, że poprawki w konstytucji nie zmienią nic, gdy moralność zepsuta jest do szczętu.

Historia Solomona Northupa (nominowany do Oscara Chiwetel Ejiofor), czarnoskórego mężczyzny, który urodził się jako wolny człowiek, lecz został porwany, sprzedany i pracował dwanaście lat jako niewolnik, na pierwszy rzut oka trąci dziś myszką. Główna zasługa McQueena polega na tym, że z opowieści nieuniwersalnej stworzył film o przekazie aktualnym zawsze, również teraz. Bardziej niż dzieje afroamerykańskiej społeczności interesuje go przypadek jednego człowieka, który zmaga się z ogromnym nieszczęściem, jakie na niego spadło (w przeciwieństwie do Lee Danielsa w niedawnym Kamerdynerze). Zniewolenie to tylko pretekst, aby poruszyć kwestie niesprawiedliwości, losowości dramatycznych wydarzeń i bezsilności wobec nich. Reżyser kreuje przy tym coś na kształt odysei ? film o tułaczce, walce z fatum oraz o wytrwałości, która pozwala powrócić na łono rodziny.

Źródło: Monolith

Fatum? Czy aby na pewno? Solomon nie jest skazany na łaskę i niełaskę bogów, lecz swoich panów. Jako człowiek wykształcony i odseparowany od bliskich cierpi o wiele bardziej niż jego zniewoleni od urodzenia pobratymcy z południa kraju. Inteligencja staje się tu zarówno darem, jak i przekleństwem: zjednuje mu sympatię białych ludzi lub odwrotnie, rodzi w nich poczucie niższości i nienawiść. McQueen przygląda się uważnie obu przypadkom za pomocą postaci dwóch kupców niewolników, kaznodziei Forda (Benedict Cumberbatch) oraz Edwina Eppsa (najlepszy w całej obsadzie Michael Fassbender). Ten drugi wyrasta na symbol zepsutej amerykańskiej moralności, jednak problem nie polega tylko na tym, że traktuje ludzi jak narzędzia. To przypadek o wiele bardziej niebezpieczny, mieszanina fanatyzmu religijnego, seksualnej dewiacji, a nawet choroby psychicznej. Fassbender doskonale wygrywa tę złożoność i tym samym zdobywa silną pozycję w grze o Oscara (poniekąd należy mu się on też za jeszcze lepszą, a pominiętą rolę we Wstydzie).

Pierwszy pan Solomona, Ford, pozornie przedstawiony został jako ten ?dobry?. Pozornie, gdyż kupowanie niewolników to wciąż przywłaszczenie sobie czyjejś wolności, a tego nic zamaże żadne miłe słowo. Mężczyzna okazuje głównemu bohaterowi taką litość, jaką okazuje się zbitemu psu, nic więcej. To zakłamanie dobrze uwypukla scena, w której Ford czyta swoim niewolnikom Biblię, a z offu słychać piosenkę śpiewaną przez jednego z jego ludzi (w tej roli elektryzujący, obłąkańczo-fascynujący Paul Dano). Tibeats przestrzega w niej murzynów przed karą, jaka grozi im za nieposłuszeństwo. Hipokryzja sięga szczytu ? kto wie, może Ford jest gorszy niż jawnie zły, psychopatyczny Epps? McQueen tworzy cztery doprawdy doskonałe portrety (cztery, gdyż dochodzi jeszcze niewolnica Patsy, obiekt pożądania Eppsa) i stawia fałszywy krok tylko raz, gdy na ekranie pojawia się Samuel Bass (Brad Pitt). Choć jego obecność wydaje się niezbędna, to zabrakło mu głębszego rysu psychologicznego. Zamiast pełnoprawnym bohaterem staje się tylko drogowskazem do wolności.

Źródło: Monolith

A ile zostało McQueena w McQueenie? Trochę go ubyło, ale najważniejsze wyznaczniki jego stylu pozostały. Zniewolony to film surowy, brutalny, posługujący się elipsą i doskonale grający ciszą. Mimo oszczędnych środków wywołuje szereg intensywnych emocji: współczucie, obrzydzenie, rozpacz i gniew. Momentami ociera się o geniusz, jak na przykład w scenach powieszenia, biczowania Patsey lub tej, w której Solomon przekonuje Eppsa, że nie napisał żadnego listu. McQueen dociera w nich do granicy wytrzymałości zarówno swoich bohaterów, jak i wprawionego w dyskomfort psychiczny widza. Trudno jednak nie odnieść wrażenia, że te wszystkie chwyty miały silniejszy wydźwięk wtedy, gdy reżyser stosował je w otoczeniu czterech ścian, a więc w filmach wcześniejszych. Zupełnie tak, jakby nie służył mu zbytni rozmach i rozkwitał dopiero w atmosferze wielkomiejskiej.

Złoty Glob w kategorii Najlepszy dramat to nie przypadek, dziewięć nominacji do Oscara również. McQueen, mimo że nadal wielu widzów wolałoby go widzieć jako twórcę obrazów bardziej kameralnych, nie stracił w Hollywood pary. W krainie tak zwanego ?łatwego filmu? nakręcił rzecz mocną, złożoną i artystycznie ciekawą. Co interesujące (a także zwiększające szansę na statuetkę), reżyser w głębi ducha pozostaje optymistą. Zniewolony nokautuje odbiorcę swoją brutalnością, po czym podaje rękę i pomaga wstać ? w końcu mimo wszelkich okrutności przebija przez niego wiara w to, że ludzkiego ducha złamać jest nie tak łatwo.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz