Nie taki miły Bob ? recenzja ?Bez litości”

Czy wyobrażacie sobie zbrodnię większą niż streszczenie trzech czwartych fabuły w zwiastunie? Ja tak ? umieszczenie w nim dwóch z trzech istotnych dla filmu scen.

Czujcie się więc ostrzeżeni i omijajcie zwiastun szerokim łukiem; w innym razie możecie się boleśnie zawieść, tym bardziej, że zapowiedź sama w sobie wydaje się reklamą porządnego i dynamicznego kina akcji z doborową obsadą. Część o obsadzie się zgadza, pierwsze skrzypce gra tu Denzel Washington (któremu współpraca z reżyserem ?Bez litości? przyniosła w roku 2002 Oscara), nieduże role mają tu nadzieja amerykańskiego kina Chloë Grace Moretz oraz weteranka Melissa Leo. Problem pojawia się wtedy, gdy przychodzi do oceny scenariusza. Czym bowiem jest przedstawiona tu opowieść, jak nie brudniejszą wersją ?Uprowadzonej?? Wszystkie główne elementy się zgadzają: mamy tu emerytowanego zabijakę-perfekcjonistę, poszkodowaną młódkę i gang, któremu nasz anioł sprawiedliwości stawia czoła niemal w pojedynkę. Ot, kolejny sensacyjniak o zemście.

Różnica polega na tym, że w ?Bez litości? Antoine Fuqua próbuje nadać tej historii inny ciężar i nurza ją w ulicznym błocie. W Ameryce z jego filmu roi się od skorumpowanych policjantów, łotrzyków mniejszego i większego kalibru oraz nastoletnich, zmuszanych do prostytucji imigrantek. Robert McCall jest jednak chodzącym przykładem na to (a może tylko chciałby być?), że nasz los leży w naszych rękach. Stawia wyzwania nie tylko przed sobą, ale i przed innymi, dopingując do zmian całe swoje otoczenie. Nie przysparza mu to niestety wyłącznie przyjaciół; gdy bohater trafia na opór, kończy się to niezłą draką. Tym samym wybudza ze stanu hibernacji swoją ciemną, żądną krwi stronę. Można powiedzieć, że mężczyzna cierpi na swego rodzaju schizofrenię i w mgnieniu oka zamienia się z obrońcy słabszych w gościa, który potrafi spuścić srogie manto z niewzruszoną miną i bez zadyszki. Transformacja przebiega tak szybko, że aż trudno uwierzyć, aby ktoś taki jak Robert McCall mógł w ogóle istnieć i nie spędzać życia w sali bez klamek. Zdaje się, że nie wierzy w to nawet sam Denzel Washington, który gra jakby od niechcenia.

Zamysł reżysera obejmował również odpowiednio brudną stylistykę. Widać starania, aby z ?Bez litości? zrobić film o raczej powolnej, lecz nasyconej duchotą narracji, która uczyniłaby z niego posępną opowieść o wybieraniu mniejszego zła i walce z własnymi demonami. Skutek tych zabiegów jest nijaki ? Fuqua użył zbyt wielu klisz i uproszczeń, by wykrzesać z historii zamierzony klimat. Cała obecna ?trwoga? ma swoje źródło w dość brutalnych scenach porachunków; z tym akurat filmowiec poradził sobie całkiem nieźle. Wodze fantazji popuścił zwłaszcza w finale, gdzie zamienił tradycyjny pistolet na? tego nie zdradzę, żeby zostawić Wam choć jedną niespodziankę, której nie wyjawia zwiastun.

?Bez litości? nie jest filmem, za który autor powinien się spalić ze wstydu, lecz szkoda zatrudniać Denzela Washigtona tylko po to, by zagrał czarnoskórego i trochę bardziej wkurzonego Bryana Millsa z ?Uprowadzonej?. Czy warto mieć dla tej produkcji litość? Zdecydujcie sami.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz