Morderca-odtwórca – recenzja filmu ?Scena zbrodni?

Jest na świecie taki kraj, gdzie powiedzenie: ?Zabijałem ludzi? brzmi dumnie. Ta odległa egzotyczna kraina chełpi się tym, że 50 prawie lat temu dokonano tam masowych ludobójstw, a ci, którzy własnymi rękoma zamordowali ponad milion osób dzisiaj cieszą się dobrym zdrowiem, bohaterską sławą i przywilejami. Brzmi niewiarygodnie, ale o tym właśnie opowiada film dokumentalny Joshuy Oppenheimera ?Scena zbrodni?. Film, który stał się globalnym wydarzeniem jest równocześnie przed kinową premierą prawdopodobnie najbardziej nagradzanym dokumentem wszech czasów. Przerażający, wstrząsający i szokujący, jest jak upiorny sen, z którego chcielibyśmy się jak najszybciej obudzić. Surrealistyczny zarówno w formie, jak i w atmosferze towarzyszącej przedstawianej historii. Burzy logiczny porządek rzeczywistości, odwraca wartości i pobudza odbiorcę do głębokiej refleksji. Zasługuje na wielkie słowa. Obraz Oppenheimera poruszył samego Wernera Herzoga, który stał się opiekunem projektu.

Nad ?Sceną zbrodni? ten Amerykanin urodzony w Teksasie  pracował aż 7 lat. Wszystko zaczęło się w 2001 roku, kiedy dostał zlecenie na film dokumentalny o związkach zawodowych na plantacjach w Indonezji. Tam odkrył, że ludzie nie sprzeciwiają się strasznym warunkom pracy, bo boją się, że za przynależenie do jakiejkolwiek organizacji doświadczą tego, co ich rodziny, sąsiedzi, przyjaciele w 1966. Wówczas wszystkich, którzy byli związani z upadającym reżimem i Partią Komunistyczną albo chociaż sprzyjali komunistom, osadzano w obozach koncentracyjnych lub zabijano z rąk militarnych oddziałów egzekucyjnych. Krajem owładnęła antykomunistyczna ideologia - kaci stali się bohaterami, a ci komuniści, którzy przeżyli masakrę, zostali wykluczeni ze społeczeństwa. Jak się okazało, duma w podstarzałych już mordercach siedzi po dziś dzień i jest karmiona każdego dnia przez obywateli, którzy składają im hołd. Dla Oppenheimera stało się jasne, o czym powinien być kolejny jego film. Nie pomnikiem ofiar i próbą odpowiedzi na pytanie - dlaczego, ale portretem oprawców, którzy sławią się tym, że mają krew na rękach oraz obrazem całego społeczeństwa, które funkcjonuje w świecie w sposób zaburzony, które nie osądziło zbrodniarzy, nie pozwoliło sobie na żaden ostracyzm, a które - wręcz przeciwnie - znalazło sobie nowych herosów.

Nietrudno było namówić egzekutorów do zwierzeń. Spośród wielu dowódców brygad śmierci dwóch stało się ?bohaterami? filmu Amerykanina. Z dużą swobodą i pewnością siebie opowiadają o walce o ?wolność? i o tym, w jaki sposób dokonywali czystek. Filozofią jednego z nich na ?życie po śmierci? jest przekonanie, że o tym, co moralnie dobre, a co złe decyduje ten, kto zwycięża i rządzi, według niego prawda jest relatywna, a on sam nie czuje się winny, usprawiedliwieniem dla czynów stała się także rządowa propaganda sławiąca zwycięstwo nad komunizmem. Oppenheimer wspomina, że wyruszył na poszukiwanie morderców i potworów, a znalazł zwykłych ludzi, którzy czynili zło. Poznajemy otoczenie Anwara, jest szczęśliwym dziadkiem, opowiada przy wnuczku najlepsze sposoby na uśmiercenie ofiary, gości na wiecach politycznych, a nawet o tym, co robił relacjonuje w programie telewizyjnym. Z jego ust dowiadujemy się, że zanim został szefem brygady, sprzedawał pod kinem bilety na amerykańskie filmy. Kino noir to ważny wątek w ?Scenie zbrodni?. Wkrótce pada pomysł odtworzenia aktu zabijania. Dokument Oppenheimera staje się filmem o filmie. Anwar i Herman, przekonani o słuszności swoich racji, wierzą w pozytywny odbiór konstruowanego przez siebie filmu. Inscenizacje oddalają jeszcze bardziej tę sytuację od rzeczywistości.

Podekscytowani skrzykują ekipę, załatwiają aktorów, dekorację, dbają o każdy detal, o odpowiednią charakteryzację. Anwar w pewnej chwili zmienia kolor włosów, a będąc w miejscu zbrodni, stwierdza, że źle się ubrał, że wygląda jakby szedł na piknik. Sceny, w których demonstruje techniki zabijania, przypominają kryminalną rekonstrukcję zdarzeń. Te, w których bohaterowie w kapeluszach i w oparach cygar torturują więźnia, zdradzają fascynację kinem o włoskiej mafii. Jest jeszcze musical, a nawet elementy westernowe. Za każdym razem te przebieranki wyglądają groteskowo, ale sami aktorzy traktują całą sytuację z osobliwym majestatem. Zafascynowani kinem gangsterskim to właśnie po części w filmach podpatrzyli niektóre sposoby na odebranie życia, np. uduszenie stalową linką. Paradoksalnie elementy fikcyjne mówią o tych bohaterach więcej niż te dokumentalne. Jest taka scena, gdzie role się odwracają i to Anwar gra ofiarę, jest torturowany w ?swoim? filmie. To dla niego moment przełomowy, bo ?Scena zbrodni? zyskuje dla Anwara funkcję terapeutyczną. Przyznaje, że mierzy się z bólem, śnią mu się koszmary, a żeby zapomnieć, narkotyzuje się i upija. Anwar powraca ponownie do miejsca zbrodni, jego reakcja jest już inna. Wydaje się, że bazyliszek spojrzał w końcu w swoje odbicie, a po wcześniejszej całkowitej degradacji psychicznej następują nieprzyjemne objawy somatyczne. Ten końcowy akcent dobija widza, nie mam wątpliwości, że seans ?Sceny zbrodni? będzie dla każdego mocnym i ciężkim przeżyciem, poczujecie się kompletnie rozłożeni na łopatki. Jeszcze żaden obraz nie ukazywał zła i przemocy w sposób tak intensywny i bezpardonowy. Sama historia, która przecież, nam, z zachodniej perspektywy, nie mieści się w głowie jest tak niedorzeczna, że ten surrealizm, świetnie oddany w ujęciach, jest wentylem dla tego, czego nie da się ogarnąć rozumem.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz