Męskie show – recenzja filmu „Magic Mike XXL”

Miało być magicznie i w rozmiarze XXL. Jest czar, hipnotyzujący taniec, lekkość i humor, ale ambicji oraz powiększeń brak...

"Magic Mike XXL" to kolejna część przeboju sprzed 3 lat. Pierwszy "Magic Mike" był drogą od budowniczego do króla nocnej sceny, łączącą w sobie dramat, romans i historię męskiego Kopciuszka. Można było zobaczyć, jak wszystko się zaczęło, poczynania trenera Dallasa (świetna rola Mathew McConaugheya), który wyszukiwał młode talenty, nauczał i wprowadzał w tajemniczy świat striptizu. Do tego dochodziła męska przyjaźń, dylematy moralne oraz dążenie do sławy. To oryginalna, ciekawa opowieść, która podbiła serca wielu pań. Powstanie sequela było kwestią czasu.

Druga część, pod nieco dwuznacznym tytułem - "Magic Mike XXL" - sugeruje, że możemy liczyć na znacznie więcej... W tej kwestii jest jednak zawód. Nowa historia wypada słabiej od poprzedniej. Pierwsza odsłona Mike'a powstała  w reżyserii Steven Soderbergha, któremu nieobce jest dobre kino rozrywkowe (np. Ocean Eleven), kolejną odsłonę wyreżyserował już Gregory Jacobs. Zabrakło tu dramatyzmu, wielowątkowości i Matthew McConaughey, który był najmocniejszą stroną filmu. Nie ma też ani więcej akcji, ani zapowiadanej podwojonej dawki testosteronu w postaci męskich występów. Tym razem, po upływie kilku lat, tytułowy bohater - Mike (Channing Tatum - po raz kolejny grający niegrzecznego chłopca) odciął się od wcześniejszego nocnego fachu, ma swoją firmę stolarską i udało mu się osiągnąć życiową stabilizację. Jest ona jednak tylko pozorna. Kiedy Mike słyszy w radiu piosenkę, przypominającą mu dawne czasy i występy, wspomnienia ożywają. Taniec był nie tylko formą zarobku, ale i pasją, zajęciem które uwielbiał, i które dzielił z prawdziwymi przyjaciółmi. Ten impuls sprawia, że postanawia wrócić do "starej gwardii" i wyruszyć razem z nimi na ostatnie, wielkie tournee - kongres striptizerów. Po drodze zaczynają się jednak kłopoty... zarówno dla męskich tancerzy, jak i widzów....

Film jest rozciągnięty w czasie i przegadany. Twórcom (za scenariusz znów odpowiadał Reid Carolin) trochę zabrakło już pomysłów. Fabułę można streścić w jednym zdaniu - bohaterowie jadą na ostatni występ, po drodze pojawia się kilka przeszkód, no ale komu jak komu - magicznemu Mike'owi musi się udać i zawsze coś wyczaruje. Nie jest to jednak film zły. Pierwsza część postawiła wysoko poprzeczkę, skupiała się bardziej na aspektach psychologicznych, kolejna jest trochę słabsza, ale nadal to kino rozrywkowe na wysokim poziomie. Z założenia to komedia, letni film, który idealnie spełnia te warunki. Wbrew pozorom (i tytułowi) nie to wcale wulgarny obraz. Historia o striptizerach musi mieć elementy nagości i nawiązywać do aspektów seksualnych, wszystko jednak jest zrobione ze smakiem, a pokazy męskiej grupy to bardziej taneczny show w stylu "Step Up" (Channing Tatum zaczynał tam swoją karierę i stawiał pierwsze, rytmiczne kroki na scenie). Występy są jednak wisienką na torcie, na którą warto czekać dwie godziny. To subtelno-erotyczny show, który skupia się na pokazaniu wyjątkowych umiejętności (wizualnych i technicznych) tancerzy, zrobiony z wielkim rozmachem w iście hollywoodzkim stylu. Do tego dochodzą liczne perełki - scena w sklepie, wspomnienia z lat 90., a także mała, ale wyrazista rola Andie MacDowell. Wszystko razem sprawia, że film dobrze się ogląda - z uśmiechem na twarzy, z dozą niepewności, tajemnicy i oczekiwania, na to, czym zaskoczą nas bohaterowie.

To bajka o dążeniu do marzeń, od zera do bohatera, zabawna, przyjemna i co najważniejsze - wysmakowana. Przy takim temacie łatwo było przekroczyć granicę, jednak więcej wulgarności, wyuzdania jest w amerykańskich filmach młodzieżowych niż w delikatnej opowieści o striptizerach. To też miła odmiana, gdzie w filmie zamiast roznegliżowanych modelek można zobaczyć dobrze zbudowane męskie ciała i bohaterów przypominających greckich bogów. Sztuką jest zrobić zmysłowy, a jednocześnie subtelny film o takim temacie. Udało się uniknąć nadmiernego epatowania nagością czy aluzjami seksualnymi. 

"Magic Mike" spodoba się każdej kobiecie, bez względu na wiek i bez obaw, że niektóre mogą być zniesmaczone. To trochę ukłon w stronę pań, które tym razem mogą bezkarnie, po kryjomu, na ciemnej sali kinowej wkraść się na pokaz chippendalesów i spełniać choć niektóre fantazje. Mike otwiera nam drzwi do nieznanego, intrygującego świata i zaprasza na naprawdę dobrą zabawę. Ten hollywoodzki show będzie dla hedonistów i estetów - z fajerwerkami, świetną oprawą muzyczną i idealnymi ciałami bohaterów, którzy naprawdę dadzą się lubić, nie tylko pod kątem wizualnym.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz