Małe i duże końce świata – „Druga strona muru” i „Koń turyński”

Kolejny festiwalowy dzień przyniósł projekcje dwóch skrajnie różnych filmów, choć wspólnym mianownikiem może być jednostka zmagająca się ze swoimi słabościami i przeciwnościami los w obliczu końca świata, zarówno tego dużego, jak i małego, prywatnego.

Druga strona muru

Berlin Wschodni staje się ostatnią bastylią komunizmu. Światem, który zaczyna ciążyć i wywoływać demony przeszłości, o których chce się jak najszybciej zapomnieć. Nelly (Jordis Triebel) wraz z synem Aleksejem postanawia przekroczyć magiczną granicę muru i rozpocząć nowe, lepsze życie.

Zachodnia część miasta niestety nie okazuje się rajem, a strefa wpływów trzech narodów mnoży biurokratyczne kruczki i wydłuża proces nadania obywatelstwa. Na podejrzliwość i liczne przesłuchania ma wpływ zniknięcie ojca chłopca sprzed dwóch lat, który był rosyjskim obywatelem, fizykiem podróżującym po świecie, co pozwala stawiać pytania o jego ewentualne szpiegostwo i fałszywą śmierć.

Nelly jest przykładem silnej kobiety, która dzielnie prze do przodu, bo wie, że walczy nie tylko o swoją przyszłość, ale przede wszystkim o lepszy start dla Alekseja. Triebel stworzyła przejmującą postać, rozdartą pomiędzy przeszłością a byciem tu i teraz, zawieszoną gdzieś pomiędzy szczęściem a nieustannym lękiem. Aktorka balansuje na granicy zadziorności, powoli ustępując miejsca narastającej paranoi bycia pod obserwacją, śledzenia przez Stasi.

To właśnie charyzma Triebel wybija się na pierwszy plan w opowieści Christiana Schwochowa, który precyzyjnie buduje mikroświat obozu dla uchodźców, ale czasami idzie na łatwiznę, przez co staje się przewidywalny. To film o kobiecej sile i wytrwałości, który daje nadzieję, że po burzy zawsze wzejdzie słońce.

Koń Turyński

Apokaliptyczna wizja świata rozpisane na sześć dni zatopionych w porywistym wietrze, dusznej atmosferze wyobcowania i braku nadziei. Bela Tarr prezentuje kino minimalistyczne, zatopione w nurcie slow cinema, które może zachwycić precyzją i dopracowaniem szczegółu.

?Koń turyński? rozpoczyna się od opowieści historii Nitzchego, który starał się obronić okładanego batami konia. Jego działania okazały się bezskuteczne, a filozof wkrótce zapadł na chorobę psychiczną. To krótkie wspomnienie staje się wprowadzeniem do świata Ohlsdorfera (Janos Derzsi), woźnicy, jego córki (Erika Bok) oraz ich konia. Tarrowi udało się zbudować ponury i przytłaczający nastrój, gdzie powtarzalność gestów i zachowań stają się śmiertelnym rytuałem odchodzącej duszy. Długie ujęcia prowadzą do powolnych zmian kadrów, które z bezwzględnością obnażają wtórność świata tej rodziny.

Córka co dzień rano idzie po wodę do studni, pomaga ojcu się ubrać, na obiad gotuje dwa ziemniaki, dokłada drewna do pieca, w między czasie wpatruje się gdzieś w dala i znowu oboje zapadają w sen. Ich mikroświat zatopiony w czarno-białych zdjęciach napawa smutkiem, szczególnie kiedy zmarnowane zwierzę przestaje jeść i pracować. Ono już czuje zbliżający się koniec. Poczucia beznadziei dopełnia desperacka próba opuszczenia domu i udania się przed siebie, w poszukiwaniu ciekawszej i lepszej strony świata. Na marne, bo bohaterowie wracają z powrotem w poczucia beznadziei.

Bela Tarr udowadnia, że w minimalizmie tkwi ogromna siła zdolna poruszać widza. Oszczędność słów, zmęczone i spracowane ciała zostają zatopione w małej i marnej chatce, która jest jedyną ostoją przed nadciągającą apokalipsą, a  szum szalejącego wiatru złowrogą zapowiedzią unicestwienia. To kino melancholijne i depresyjne, ale piękne w swej prostocie, dające oddech od widowiskowego dekonstruowania mainstreamowych światów. 


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz