Klub zwycięzców ? recenzja ?Witaj w klubie?

Ron Woodroof obraca się w środowisku twardych mężczyzn. Noszą się jak kowboje, ujeżdżają konie na rodeo, nie stronią od kobiet, alkoholu i narkotyków. Paradoksalnie, żeby wprowadzić ich w popłoch, nie trzeba uciekać się do agresji ? wystarczy słowo. Tak, słowo! Jeden niewinny wyraz, który w ich uszach brzmi jak najbardziej obelżywa obelga, najgorsza groźba, zapowiedź katastrofy: ?homoseksualista?.

To nieszczęsne słowo konotuje całą pulę skojarzeń, wśród nich ?AIDS?. Stan wiedzy na temat tej choroby zdaje się poprawiać, jednak wciąż dla wielu pozostaje ona wyłącznie ?karą? za stosunki jednopłciowe. Dokładnie tak uważała homofobiczna grupa znajomych Rona, kiedy w 1985 roku mężczyzna dość przypadkowo dowiedział się nie tylko o tym, że jest chory, ale też że zostało mu raptem trzydzieści dni życia. Ba, uważał tak nawet sam Ron. I właśnie ta przemiana mentalności ? od zacofanego hulaki do tolerancyjnego społecznika ? stanowi najważniejszy, najciekawszy wątek Witaj w klubie. Bohater na własnej skórze przekonuje się, że zabija go właśnie to, z czego wcześniej był dumny, co budowało jego ?samczość?, a więc konsekwencje przygodnego seksu.

Źródło: Vue Movie

Ta metamorfoza nie byłaby tak przekonująca, gdyby nie Matthew McConaughey. Po deszczu nagród, w tym Oscarów i Złotych Globów dla niego i towarzyszącego mu Jareda Leto, wszelkie pochwały ich aktorstwa będą brzmieć jak banał. Trudno jednak nie poświęcić im uwagi, skoro Witaj w klubie to jeden z tych filmów, które ponad przeciętność wybijają się właśnie dzięki niesamowitym kreacjom. Choć Internet nosi niemal żałobę bo ponownie niedocenionym przez Akademię Leonardo DiCaprio, trudno zżymać się na jury za ich wybór. Okazało się bowiem, że McConaughey to człowiek o dwóch twarzach. Świetnie sprawdza się jako amant/inteligent, ale przy odpowiedniej charakteryzacji przekształca się w chłopka-roztropka. Dzięki temu jego przemiana jest wiarygodna, gdyż nawet w scenach z początku filmu, kiedy pogrążony jest w uprzedzeniach, w jego spojrzeniu tli się iskierka inteligencji. Chcąc nie chcąc Ron spotyka na swojej drodze wcześniej tak znienawidzonych homoseksualistów, w tym Rayona, który odczarowuje utarty obraz transwestyty w oczach jego oraz kinomanów, przyzwyczajonych do pozbawionych subtelności drag queen. Jared Leto nadaje swojej postaci prawdziwie dziewczęcą wrażliwość, przy czym jego bohater może pretendować do tytułu najładniejszego transwestyty w historii kina.

Źródło: Vue Movie

A co pozostałoby po Witaj w klubie, gdyby wyjąć zeń te dwie fenomenalne role i zastąpić aktorskimi popisami średnich lotów? Ano, średni film. Zamiast dokładniej zarysować portrety psychologiczne Rona i Rayona (szczególnie ten drugi zasługiwał na więcej uwagi), scenarzyści postanowili skroić historię tak, by jak najbardziej pasowała pod Oscary. Efekt? Produkcja przedstawiająca niestrudzoną jednostkę w walce w słusznej sprawie, czyli coś z gatunku ?pokrzepiająco o nas, Amerykanach?. Ron przechodzi drogę z umysłowego rynsztoku do statusu lokalnego bohatera. W którymś momencie tej opowieści jego osoba staje się tylko narzędziem do przedstawienia mechanizmów farmakologii, absurdów rządzących tym biznesem. Nawet jeśli robi to w sposób dość dowcipny, to Witaj w klubie niebezpiecznie zbliża się w stronę publicystyki, pamfletu na służbę zdrowia.

Sprawiedliwości stało się zadość: sześć nominacji do Oscara obraz Kanadyjczyka Jeana-Marca Vallée wymienił na trzy statuetki, dla aktorów oraz za charakteryzację. Nikt nie uważał Witaj w klubie za poważnego kandydata do tytułu najlepszego filmu i słusznie, byłoby to grubą przesadą. Warto jednak oddać cesarzowi to, co cesarskie i poświęcić dwie godziny na hołd dla aktorstwa najwyższej próby. Zwłaszcza, że cesarzy mamy tu aż dwóch.

 
Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz