„Jupiter: Intronizacja”, czyli kosmiczne nieporozumienie – recenzja

Najnowsze dzieło braci - wirtuozów kina - Wachowskich było wyczekiwaną produkcją, której ponad 170-milionowy budżet zapowiadał zamaszyste widowisko. Niekwestionowana chęć rozmiłowania się w technologi 4DX, niebagatelne efekty specjalne i żonglerka konwencjami, rozpostartymi już w kulturze, nie przygniotły scenariusza na tyle, by zapomnieć o istocie - poszatkowanej - fabuły.

Jupiter Jones - młoda dziewczyna, która codziennie rano wstaje i pisze monotonny scenariusz swojego życia, którego - jak twierdzi, nienawidzi. Wszystko się jednak zmienia, gdy okazuje się, że rozkoszna sprzątaczka okazuje się właścicielką? Ziemi, a gdzieś w kosmosie unosi się niezbadany świat, który napisał dla niej swój plan. Międzyplanetarne rozgrywki, opierające się na walce dobra ze złem, odkrywają kolejne karty astrologicznej zagadki, której rozwiązaniem jest byt, który dla każdej ze stron ma inną, nieporównywalną postać. Na tle takich filmów jak "Star Trek", "Gwiezdne wojny", "Grawitacja", "Atlas chmur", "Strażnicy galaktyki", "Underworld" (które niewątpliwie przyczyniły się do powstania Jupiter), dzieło Wachowskich blednie. Mam wrażenie, że najnowsza produkcja jest swoistym blenderem, który wymieszał i rozszarpał wszystko to, co w kulturze już smakowało, nie wnosząc nic nowego. Nakreślony zarys intrygi otwierał przed twórcami duży wachlarz możliwości obrazowania - mogli oni stworzyć nieznany świat na nowo, bohaterów uwikłanych, rzeczywistość, która - na potrzeby widza - nagina grawitację. Powstał film odtwórczy, patetyczne, pełen komputerowych symulacji i sztucznych bohaterów bez jawnych korelacji między nimi.

Nie potrafię jednak myśleć o dziele w kategoriach porażki, rozczarowania czy wyzucia z emocji. I choć jest to tani, choć wysokobudżetowy romans, to romans widowiskowy. Barwny, świetlisty, enigmatyczny, niedostępny. Wizualnie jest w Jupiter wiele ze sztuki, baśni, kosmicznej legendy, którą zgłębia się z zapartym tchem. Przeładowanie akcją determinuje, by podążać wnikliwym okiem kadr po kadrze.

"Jupiter: Intronizacja" to siła ambicji, by budować elektryczną mitologię, pełną nawiązań, symboli i filozofii. Jeszcze nie tym razem, Panowie Wachowscy. Film trafia do polskich kin także w technologii 4DX, która potęguje filmowe doznania - zmysłowi wzroku towarzyszy percepcja pozostałych zmysłów. Proszę mi wierzyć, oglądając film w takiej technologii, nie można wyjść z sali kinowej niezadowolonym.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz