Hollywoodzka lekcja motywacji – recenzja ?Bitwy roku?

Wchodząca właśnie na ekrany kin ?Bitwa roku? to film z gatunku muzyczny, w którym się przede wszystkim tańczy, zdaje się więc, że moda na filmy taneczne nadal trwa. Ale po trzech częściach ?Step up? schemat o nizinach społecznych, z których dzięki pląsom udaje się wyrwać, o spełnianiu marzeń, o miłości pięknie rodzącej się między treningami - musiał się wyczerpać.

Niestety, mający jeden pełnometrażowy film fabularny na koncie -  Lee Benson do breakdance?u dodaje, akurat nie miłosne klisze, ale inne, równie oklepane. Wielka szkoda, bo gdzieś pomiędzy tą fabularną sztampowością Benson próbuje przekazać odbiorcy swoją miłość i wielki szacunek do b-boyów i całej tej kultury. Swój hołd składa w kluczowej dla powodzenia bitwy scenie, która jest zwieńczeniem morderczych treningów bohaterów, ale która staje się prawdziwym manifestem tolerancji i przypomnieniem, że kolebką  b-boyingu są Stany Zjednoczone.

Przywrócić należyte miejsce temu stylowi tańca próbował już Benson w w swoim nagrodzonym filmie dokumentalnym ?Planet B-Boy?. Widoczny w pop-kulturze i popularny na całym świecie styl pojawił się na ulicach Nowego Jorku już w latach 70.  i wspólnie z rapowaniem, graffiti i didżejami stał się jedną z czterech podstaw kultury hip-hopu. Popularność miejskiego tańca w USA spadła - jak diagnozuje Benson. ?Bitwą roku? próbuje przypomnieć wszystkim, gdzie są korzenie rapu i przekonać, że nikt nie zna się tak na b-boyingu jak Amerykanie. Niech nie zwiedzie wszystkich szczytny cel, to przede wszystkim film nastawiony na efekty wizualne. Wszystko co na ten temat miał do poważnego do powiedzenia Benson zawarł w dokumencie, muzyczną fabułą próbuje uwieść przede wszystkim zgrabnie zmontowanymi scenami dynamicznych kroków tanecznych.

Okazją do popisu umiejętności jest tytułowa Bitwa Roku - doroczne wydarzenie, które odbywa się we Francji i które staje się miejscem zaciętej rywalizacji b-boyów z całego świata. Do boju o tytuł Mistrza Świata po długim letargu, ale z silną determinacją, chcą wrócić Amerykanie. Dante Graham (Laz Alonso) - były b-boy, a teraz miliarder za punkt honoru stawia sobie zbudowanie drużyny marzeń. Trenerem mianuje dawnego kumpla Jasona Blake?a (Josh Holloway), który po straszliwych perturbacjach życiowych próbuje odnaleźć sens życia. Banda krewskich b-boyów zostanie poddana silnej lekcji motywacji, którą zaserwuje, mający doświadczenie tylko jako trener drużyny koszykarskiej, Blake. Górnolotne frazesy o sile jedności, szacunku i drużynie jako całości będą, jak zawsze, sączyły się z ekranu. W między czasie sporo słownych potyczek, niewybrednych gestów i tanecznych bitew - zawsze wtedy, kiedy nadarza się byle jaka okazja. Tancerze otrzymują zasłużoną lekcję pokory i chowają do kieszeni dresu swoje ego.

Widzowie rozczarowani brakiem pomysłów na postacie zadowolą się imponującą choreografią, obrotami na głowie, efektownym zastyganiem w ruchu (bez efektów specjalnych) i akrobacyjnymi epizodami - a wszystko to w dynamicznej teledyskowej formie. W obsadzie doskonale dobrani do swoich ról aktorzy - Josh Holloway jako Blake mający wiecznego kaca, Chris Brown jako wyciągający do wszystkich łapy Rooster i pojawiająca się na 23 sekundy, po to, żeby ładnie wyglądać Weronika Rosati. Film dla nastolatków niewiedzących jeszcze, że wcale nie wygrana jest najważniejsza, ale to, co zyskujemy, dążąc do zwycięstwa. Hollywoodzka lekcja motywacji z funkiem w tle.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz