„Granice bólu” – recenzja filmu

W zwiastunie Granic bólu dystrybutor zapewnia nas, że obraz jest "wciągający jak bestseller Cień wiatru C. R. Zafóna" i chociaż dziwić może porównanie ze sobą dwóch odmiennych form sztuki, to rzeczywiście między filmem a powieścią dopatrzyć się można pewnej analogii. Historie łączy nie tylko hiszpański rodowód, ale też sposób konstrukcji: obie zawierają dwie pozornie niezwiązane opowieści, które w pewnym momencie przecinają się i tworzą spójną całość. Powolnie odkrywane, mroczne tajemnice sprzed kilkudziesięciu lat na zawsze zmieniają życia głównych bohaterów, a odkrycie kart dopiero w finale sprawia, że przez cały seans/lekturę odbiorca zagryza wargi z ciekawości.

Tajemnica to największa wartość Granic bólu. Od początku wiadomo, że obie płaszczyzny narracji w którymś momencie się ze sobą zderzą, jednak wydają się one od siebie tak odległe, że jakiekolwiek domysły można zacząć snuć dopiero pod koniec filmu. Dzieli je wszystko: czas, bohaterowie, realia historyczne, a nawet sposób, w jaki zostały nakręcone. Starsza z historii zaczyna się w roku 1930 i obrazuje wieloletnie dzieje szpitala, do którego trafia grupka dzieci odpornych na ból. Uznane za niebezpieczne, zostają ubrane w kaftany i umieszczone w izolatkach. Miejsce to staje się z czasem bazą wojsk, najpierw komunistycznych, następnie faszystowskich; to także niemy świadek zajść tak brutalnych, że po wojnie szybko zostały sprzątnięte pod dywan. Juan Carlos Medina wykorzystuje tu klasyczne chwyty z horroru, thrillera, a nawet fantasy. W zupełnie innym klimacie utrzymana jest druga opowieść, w centrum której znajduje się neurochirurg David. Osadzona we współczesności, jest rasowym dramatem obyczajowym przedstawiającym zmagania człowieka, któremu los nagle odebrał to, co liczyło się dla niego najbardziej ? ukochaną kobietę i zdrowie. Wspólny mianownik tych dwóch fabuł stanowi tylko ich ciężkostrawność i posępność. Stężenie cierpienia, jakie wydobywa się z ekranu, przytłacza widza w stopniu, w jakim nie udało się żadnej z tegorocznych premier.

Reżyser serwuje ciekawą mieszankę gatunkową, jednak widać, że nie z każdą konwencją radzi sobie tak samo sprawnie. Buduje grozę dużo swobodniej niż dramaturgię, dlatego historia szpitala i jego pacjenta Benigno robi większe wrażenie niż ta o lekarzu odkrywającym ponure sekrety. Dawid napotyka na swojej drodze tak dużo nieszczęść, że trudno uwierzyć w tę postać. Opowieść zjada własny ogon, nagromadzenie tragicznych wypadków zamiast wstrząsnąć widzem, skutkuje komizmem i karykaturą. W lepiej wyważonej, "starszej" części filmu Medina umiejętnie operuje środkami charakterystycznymi dla kina grozy i tworzy klaustrofobiczną, duszną atmosferę. Największy horrorowy potencjał ma w sobie sam Benigno/Berkano, który jest czymś w rodzaju mutanta o prezencji Golluma. Jako istota, która nie rozumie, czym jest ból, staje się kimś częściowo pozbawionym człowieczeństwa, kogo zachowania nie da się przewidzieć. Bezwzględny i na poły dziki, budzi powszechne przerażenie. Prawie do końca pozostaje zagadką, w którą niepotrzebnie wdziera się w finale aura kiczu.

Film Mediny bardziej niż opowieścią o granicach bólu jest katalogiem jego rodzajów. Ten fizyczny, mimo że daje olbrzymią władzę, wydaje się nieznaczący przy cierpieniu psychicznym. Prawdziwie destrukcyjną siłą jest rozpacz po stracie bliskiej osoby, spowodowana wstydem lub odkryciem tego, że żyło się w sieci kłamstw. Rozłożenie akcji na dziesięciolecia sprawia, że obraz staje się łańcuchem bólu, gdzie ukrócić mękę może tylko śmierć. Jedyną pozytywną emocją jest miłość, jednak i ona nie ma szans na przetrwanie. Czy brzmi to jak list pożegnalny nastoletniej samobójczyni? Trochę tak. Reżyser już ponad cztery miesiące przed końcem roku może się czuć laureatem nagrody dla największego pesymisty wśród filmowców. Szczęśliwie nie ma zapędów masochistycznych ? zetknięcie z efektem jego pracy nie napędzi kinomaniakom zgryzot.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz