Gotycka bajka ? recenzja filmu ?Ja, Frankenstein?

Pomysłowość scenarzystów nie zna granic. Z filmu Dary Anioła: Miasto kości dowiedzieliśmy się niedawno, że Jan Sebastian Bach nie tylko był muzycznym geniuszem, lecz też członkiem kasty łowców demonów. Ja, Frankenstein ?odkrywa? kolejną kartę historii ? otóż tym niebezpiecznym fachem zajmował się również Michał Anioł. To on utworzył tajny zakon gargulców, który od wieków prowadzi zaciekłe walki z obozem księcia zła, Naberiusem. W te potyczki dość przypadkowo wplątuje się postać z jeszcze innego uniwersum, czyli potwór stworzony przez doktora Frankensteina. Adam, bo tak monstrum zostaje nazwane przez królową gargulców Leonore, musi zdecydować, bo której stronie chce walczyć. Widz stoi natomiast przed innym wyborem. Ma dwa wyjścia: przymknąć oko na wszystkie pojawiające się w filmie niedorzeczności i zrobić dobrą minę do złej gry, albo spożytkować pieniądze na bilet na lepszy cel, o który nie będzie trudno.

Źródło: Kino Świat

Najlepsze określenie dla Ja, Frankenstein to gotycka bajeczka. Bajeczka, bo film jest najklasyczniejszą opowieścią o walce dobra ze złem, w dodatku totalnie dosłowną: dobrą stronę reprezentują gargulce o szlachetnych obliczach, boscy wysłannicy, którzy po śmierci trafiają prosto do nieba; złą zaś potwornie brzydkie i potwornie zepsute demony strącane z tego świata prosto w czeluści piekielne. Dużo tu fantastyki, dużo tu naiwności. Gotycka, gdyż akcja lawiruje między cmentarzem, katedrą i zatęchłymi dziurami, które odwiedza Adam. Jasność nastaje tylko wtedy, gdy przenosimy się do nowoczesnego laboratorium nadzorowanego przez Naberiusa. Co ciekawe, to właśnie światło konotuje tu negatywną pulę znaczeń, wykorzystywane jest bowiem do podejrzanych badań na zwierzętach. Eksperymenty te mają na celu ożywianie martwych ciał, a że maczają w tym palce demony, to możecie się domyślić, że chodzi również o zagładę świata. Jak zwykle zresztą, w końcu demony zawsze mają jedno w głowie.

Największą zaletą filmu jest właśnie gotyckość. Znajdzie się w nim kilka całkiem klimatycznych momentów (zwłaszcza początkowe sekwencje wypadają nieźle), które wyświetlone na ekranie w kinie IMAX mogą robić wrażenie. Jednak nie na długo, gdyż ta cmentarno-katedralna sceneria prędko zaczyna nudzić. Walki, chociaż jest ich wiele, mają monotonną choreografię, a gargulce i demony umierają wciąż w ten sam sposób. I o ile te pierwsze stwory prezentują się całkiem ciekawie, to graficy odpowiedzialni za projekty drugich powinni oberwać bęcki. Demony wyglądają tu tak niedorzecznie, że starcia na śmierć i życie tracą jakąkolwiek powagę; brakuje im tylko kotłów ze smołą i wideł.

Źródło: Kino Świat

Dramaturgia filmu rozgrywa się na dwóch frontach: nie chodzi tylko o walkę ?zewnętrzną?, czyli ratowanie świata, ale też o tę wewnętrzną, toczącą się w Adamie. Bo czy ktoś, kogo poskładano z ośmiu różnych ciał i ożywiono, może mieć duszę? Tego nie wie nawet sam bohater, który nie identyfikuje się ani z tymi dobrymi, ani z tymi złymi, więc zostaje ?lonely riderem? ? wybiera samotność i po prostu tłucze każdego, kto z nim zadrze. Adam przypomina w tym trochę innego filmowego bad assa, jakim jest Riddick, z tym że ta koncepcja bohatera o niejednoznacznej moralności upada na długo przed finałem. Przyczyniają się do tego tak miałkie pomysły, jak wprowadzenie motywu tęsknoty Adama za Frankensteinową, której niedobry ojciec nigdy mu nie zbudował. Bo wiadomo, ?love is everywhere?, w filmie o potworze zabijającym potwory też musi być. Zresztą cóż się dziwić, w końcu Adam to nie żadne monstrum, ale ciacho do schrupania, co kamera z lubością akcentuje, nie pozbawiając widza widoków umięśnionego torsu Aarona Eckharta.

Wybierając się na seans tej produkcji, należy także przygotować się na jej umowność. Wiele tu niedociągnięć: ?prowadzimy walkę, z której ludzie nie zdają sobie sprawy ? w trakcie starć rozwalamy budynki w pył, ale któż by to zauważył?, ?wiemy jak ożywić martwą mysz, ale nie wiemy, jak to powtórzyć z człowiekiem ? o, wystarczyło zwiększyć liczbę watów? itp. Jeśli uzbroicie się w cierpliwość do takich potknięć, może nie będziecie filmem rozczarowani. Mimo wszystkich wad Ja, Frankenstein trzyma tempo, a 92 minuty projekcji mijają dość szybko. Reanimacja prawdopodobnie nie będzie potrzebna, nie umrzecie z nudów. Zawał z nadmiaru emocji również wam jednak nie zagraża.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz