Genetyka to nierządnica ? recenzja ?Więzów krwi?

Brat staje przeciwko bratu ? ten starotestamentalny, stary jak świat motyw znany jest dobrze także kinu. Konflikt rodzeństwa stanowi również oś fabularną nowego filmu Francuza Guillaume?a Caneta, reżysera, który po kilku krajowych produkcjach zdecydował się na zdjęcia w Nowym Jorku i prawdziwie gwiazdorską obsadę. Mimo tego Więzy krwi wciąż trudno połączyć z typowym amerykańskim kinem akcji. Gangsterskie porachunki ustępują miejsca rodzinnym sprzeczkom, słowa wypowiedziane w domowym zaciszu wybrzmiewają głośniej niż wystrzały. Wszystko jest tu wygaszone i chłodne niczym mdła, niebiesko-żółta kolorystyka, w jakiej utrzymano tonację zdjęć.

Z jednej strony to zaleta Więzów krwi, z drugiej wada. Wyciszenie dodaje filmowi intymnego charakteru oraz pozwala na uważniejsze przyjrzenie się psychologii Chrisa i Franka. Pierwszy z nich jest przestępcą, który po dwunastu latach odsiadki próbuje na nowo ułożyć sobie życie. Drugi ma go na oku nie tylko jako troskliwy brat, ale także stróż prawa. Gdy okazuje się, że pełna resocjalizacja to tylko mrzonka, Chris musi odpowiedzieć sobie na pytanie o to, co jest ważniejsze ? rodzina czy służbowy obowiązek? Wybór byłby prostszy, gdyby ci całkiem odmienni bohaterowie kiedykolwiek trzymali ze sobą sztamę, tymczasem wydają się sobie całkiem obcy. Czy więzy krwi są na tyle silne, by wytrzymać całą tę szamotaninę? Canet przestawia ten problem ze zmiennym szczęściem. Powolna, oszczędna narracja przekłada się niekiedy na ?suchość? tego wątku, w którym często motywacja braci wydaje się niezrozumiała, a dialogi papierowe. Czasem jednak pojedyncza wymiana spojrzeń mówi o Franku i Chrisie więcej niż cała ich gadanina, czego najznamienitszym przykładem jest przejmujący, bezgłośny finał.

Różnie radzą sobie także zatrudnione przez Caneta gwiazdy. Clive Owen jako gruboskórny zabijaka całkowicie usuwa w cień bezbarwnego Billy?ego Crudupa. Po żeńskiej stronie to samo robi zblazowana Marion Cotillard w roli burdelmamy, przy której Mila Kunis powinna wpaść w poważne kompleksy (gdzieś pośrodku sytuuje się Zoe Saldana). Niedociągnięcia w aktorskim warsztacie oraz scenariuszu częściowo rekompensuje w Więzach krwi klimat lat 70., który budują szlagiery tamtych lat oraz pieczołowicie odwzorowane kostiumy. Interesująca jest także przedstawiona w filmie koncepcja, jakoby dobro i zło było wrodzoną cechą charakteru. W świecie tym niemal każdy bohater ma w najbliższej rodzinie jednostki zarówno wypaczone, jak i stanowiące wzór. Matka Franka i Chrisa była alkoholiczką, ale ich ojciec postarał się o to, by mimo tego mieli szczęśliwe dzieciństwo. Start mężczyzn był równy, a jednak od najmłodszych lat przejawiali zupełnie różne tendencje. Genetyczna loteria??

Trochę szkoda potencjału, jaki wykazywały Więzy krwi. Canet niewątpliwie ma dryg do kreowania intymnych scen domowych, czuje też klimat epoki i sprawnie korzysta z konwencji filmu gangsterskiego. Nie brak mu też niestety słabości do klisz i wyświechtanej metaforyki (choćby scena, w której Chris pali swoją niedoszłą budkę z fast foodami w geście pożegnania się z uczciwym życiem). Ostatecznie produkcję cechuje połowiczność dająca się we znaki na wielu polach. Stąd też tylko połowiczny sukces.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz