#frustracjamuzyka ? recenzja filmu ?Frank?

Kino kocha muzyków. Pełna pokus branża muzyczna sprawia, że życiorysy gwiazd estrady zawsze obfitują w mnóstwo ?filmowych? kąsków. Rzadko jednak na ekran przenoszone są historie o ludziach, których pasja i talent wcale nie przeradzają się w sławę oraz stos złotych monet. Wyjątkiem takim jest ostatni film braci Coen, Co jest grane, Davis, teraz podobną tematykę podejmuje Frank Irlandczyka Leonarda Abrahamsona. Żywot muzykanta bywa tak trudny, że nie pozostaje nic, jak tylko schować się pod wielką, sztuczną głową.

Reżyser idzie o krok dalej niż Coenowie ? jego bohater zmaga się nie tylko z brakiem popularności i zrozumienia, ale też z własnym? beztalenciem. Czy Jon, przeciętny młody Brytyjczyk, jest muzykiem, czy tylko zaprojektował dla siebie taką rolę, by potem usilnie próbować w nią wejść? To pytanie retoryczne, bo chociaż chłopak opanował tak zwany warsztat, nie ma w sobie ?iskry bożej?, która pozwalałaby mu nie tylko na odtwarzanie cudzych utworów, ale i pisanie własnych. Z czasem okaże się, że ma w sobie żyłkę marketingowca, lecz funkcja wyłącznie menadżera grupy zdecydowanie Jona nie satysfakcjonuje.

Co innego tytułowy Frank. Pozornie ma wszystko, czego potrzeba frontmenowi ? talent, charyzmę, zdolności przywódcze, a rzekomo nawet trudne dzieciństwo, z którego może czerpać inspirację przy pisaniu tekstów piosenek. Lecz przede wszystkim o jego wyjątkowości stanowi TAJEMNICA. Nikt nie wie, jak Frank wygląda. Nawet pod prysznicem nie rozstaje się z wielką, karykaturalną głową, która wzbudza wiele pytań: czy mężczyzna jest zdeformowany i w ten sposób ucieka od świata? Czy może to tylko artystyczna poza? I jak, do cholery, Frank myje zęby? Ciekawym zabiegiem jest obsadzenie w tej roli Michaela Fassbendera. Teoretycznie tego bohatera mógłby zagrać każdy, gdyż maska noszona przez dziewięćdziesiąt procent filmu i tak pozbawia aktora jego głównego środka wyrazu, czyli mimiki. Jednak świadomość, że zakryto przed nami twarz, którą chce oglądać i fotografować cały świat, rodzi w widzu ciekawość i długo niezaspokojoną żądzę ujrzenia tego oblicza. Poza tym Fassbender kolejny raz udowadnia swoją klasę i pokazuje, że do stworzenia elektryzującej sylwetki wystarczają mu gesty i silny głos.

Każdy chce być Frankiem. Tragedią Jona i byłego klawiszowca grupy, Dona, jest fakt, że ich możliwości nie dorównują ambicjom. Natomiast tragedią Franka (a także w pewnym stopniu innych członków zespołu) jest bycie Frankiem. Okazuje się bowiem, że za wrażliwością często idzie psychiczna słabość. Muzycy w filmie Abrahamsona to jednostki nie do końca dostosowane do życia w społeczeństwie, przytułki dla różnorakich dziwactw. Reżyser zadbał o jednak o to, by zrównoważyć dramatyczną warstwę Franka równie dużą dozą humoru. Szczególnie dobrze idzie mu naigrywanie ze sfrustrowanych pseudomuzyków (własna twórczość Jona), kultury Facebooka (#hashtagitakiepotrzebne) oraz alternatywnych bandów i ich sztuki dla sztuki (piosenka o artykułach spożywczych).

Co paradoksalne, film psuje się właśnie od momentu, w którym Fassbender odsłania twarz. Traci wtedy swoje dwa główne atuty ? ironiczność oraz napięcie wywołane oczekiwaniem. Z udanego komediodramatu wyparowuje komedia, a poważny finał wydaje się trochę nietrafiony. Mimo tego, w przeciwieństwie do śpiewającego Domhnalla Gleesona, reżyser przez większość filmu sprawnie unika fałszywych nut.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz