Fatalizm po szwedzku ? recenzja ?Hipnotyzera?

?Wciąga jak seria Millennium?, ?Godny następca Dziewczyny z tatuażem? ? po sukcesie zarówno duńsko-szwedzkiej, jak i amerykańskiej ekranizacji prozy Stiega Larrsona porównywany jest do nich każdy nowy film oparty na skandynawskim kryminale. Zdaniem dystrybutorów wszystkie są równie dobre co ?wzór?, jednak mimo usilnych starań, żaden jeszcze nie zasłużył na nadane mu miano. Los ten podziela Hipnotyzer, produkcja na kanwie bestsellera Larsa Kepplera, czyli ukrywającej się pod pseudonimem pary szwedzkich pisarzy Alexandry i Alexandra Ahndorilów. Brak tu postaci na miarę Lisbeth Salander i zagadki przez duże Z, jednak czuć wprawną rękę Lassego Hallströma, jednego z najbardziej znanych reżyserów Hollywood z importu (autora Co gryzie Gilberta Grape?a, Czekolady czy też Połowu szczęścia w Jemenie). Hallström wraca do rodzinnej Szwecji i tworzy film w ?klasycznym? skandynawskim klimacie ? przepojonym fatalizmem i chłodem.

Aura ta wyraża się zarówno w formie, jak i w treści. Szaro-niebieski filtr barwi nieprzyjazne przedmieścia Sztokholmu oraz pokryte zaspami odludzia; taka sceneria aż prosi się o psychopatyczną zbrodnię i bohaterów równie uparcie co bezskutecznie walczących z wszędobylskim złem. To właśnie serwuje Hipnotyzer ? sugestywnie sfilmowane, brutalne morderstwo i dochodzenie, którego zakończenie wcale nie czyni świata lepszym. W jego prowadzeniu komisarzowi Joonie Linnie pomaga doktor specjalizujący się w hipnozie, okryty niesławą i zlinczowany przez prasę Erik Maria Bark. Osoby spodziewające się zobaczyć na ekranie trzymające w napięciu sceny sesji hipnotycznych będą jednak zawiedzione, gdyż ?przesłuchania?, chociaż wciąż istotne, zepchnięto na dalszy plan. Hallströma bardziej niż budowanie tkanki kryminału interesuje trudna relacja między wplątanymi w intrygę hipnotyzerem a jego żoną, a także burzenie pewnej bezpiecznej wizji rzeczywistości: tutaj dzieciństwo nie oznacza niewinności, a dobro nie rodzi dobra (co kwituje ostatecznie końcowa scena, w której podarowana z czystymi intencjami zabawka budzi tylko płacz).

Źródło: Kino Świat

Ponura sceneria potrzebuje ponurych bohaterów: każdy ma jakąś skazę, także ci, którzy nie działają ewidentnie poza prawem. Erik to uzależniony od proszków nasennych zniesławiony lekarz, jego żona nieustannie popada w histerię, a o Joonie Linnie wiemy tylko tyle, że kariera całkiem odebrała mu życie prywatne. To nie są postacie, które da się lubić, przez co seans Hipnotyzera momentami staje się męczący. Nie pomaga tu fakt, że portrety te nie są nakreślone szczegółowo (zwłaszcza policjant jest człowiekiem niewiadomą, przy czym wcale nie rozbudza w widzu chęci lepszego go poznania). Reżyser poprzestaje na nie do końca odkrywczej konstatacji, że ludzie się nie rozumieją i niezależnie od tego jak dobrze się znają, wciąż pozostają sobie obcy.

Najlepiej film wypada wtedy, gdy sięga po nieliczne, czysto kryminalne motywy. Otwierająca scena zabójstwa i późniejszy obchód miejsc zbrodni skutecznie wywołują gęsią skórkę. Równie niepokojące są wtargnięcie do domu Barków oraz finałowe starcie. Zagadka potrójnego morderstwa, chociaż niezbyt zaskakująca i skomplikowana, zawiera wystarczający ładunek patologii, okrucieństwa i smutku, aby podtrzymać uwagę widza. Trudno jednak pozbyć się wrażenia, że w tym kryminale kryminału jest za mało ? napięcie gubi się w kolejnych sprzeczkach i nieporozumieniach bohaterów.


Brak ocen

Prosimy zaczekać ...

Dodaj komentarz