Efekt stroboskopowy – recenzja filmu ?Hardkor disko?

Kolejna premiera polskiego filmu i kolejna niespełniona obietnica. Mieliśmy dostać bombę, a jedyne, co tutaj wypaliło to promocja. Wywiady, recenzje powtarzające bezrefleksyjnie eksplikację reżyserską, protekcja Masłowskiej, no i ten tytuł... najgorętsza fraza w polskiej popkulturze - wszystko, co jest hardkorowe ręczy za udaną rozrywkę. Sam produkt, który oferuje nam Skonieczny zachwyca estetycznie, ale nie gwarantuje ?hardkorowej rozkminy?. 

Bałam się, że debiut reżysera kręcącego do tej pory (skądinąd świetne) teledyski będzie miał tylko dobry zwiastun, po którym spodziewaliśmy się jakiejś diagnozy społecznej hedonistycznego społeczeństwa. Tak się niestety dzieje, trailer chociaż z mało ambitnymi wypowiedziami, to budził chęć dowiedzenia się, o co w tym wszystkim chodzi... Kolejne 1.5 h nie zmienia zbytnio sytuacji wyjściowej. To rozbudowany wideoklip z dopisanym mocnym wątkiem, który się nie klei, ale jest tylko albo aż ?hardkorowy?. To pytanie to największa bolączka tego filmu. Zdaje się, że reżyser sam się zaplątał w odmętach chęci zaimponowania w debiucie cytatami i aluzjami.

Marcin przyjeżdża do wielkiej metropolii, ma kaptur, nóż, plecak i... złe zamiary. Pomiędzy niecnymi uczynkami imprezuje z poznaną przed chwilą dziewczyną. Ola ma tutaj reprezentować hedonistyczną młodzież umilającą sobie czas w otoczeniu bulwarów wiślanych w Warszawie. Niewinność utraciła bezpośrednio na ekranie - wstawki z kasety VHS potęgują moralny upadek tańczącej do kamery jeszcze nie tak dawno uroczej blondynki. Teraz światem Oli są nocne wyścigi, imprezy, alkohol, dobra zabawa, przygodny seks, brak obowiązków i problemów. Według zamysłu reżysera przedstawicielami pokolenia disko powinni być z kolei rodzice Oli, czyli jak chciał autor - pokolenie naszych rodziców, z którego bije specyficzna nostalgia. Ojciec i matka tutaj to wyluzowani i otwarci kumple, którzy jak nikt rozumieją dzisiejszą młodzież. Tę domagającą się nostalgię próbują jeszcze oddać hity ?starych? Anna Herman, Bajm czy Dwa Plus Jeden. Reżyser przekonuje, że w ?Hardkor disko? możemy wyznaczyć prolog, pieśń chóru, exodus - tak, jak w tragedii antycznej, brzmi poważnie, na poważnie to dla porządku dodano jeszcze wydzielające plansze, całość odnosi się do mitu, a na końcu i tak chodzi o miłość. Sporo tego, a brakuje najważniejszego.

Bohater Skoniecznego spogląda na nas z plakatu tak samo jak u Kassovitza w ?Nienawiści?. Z oczu bije mu rewolta i zemsta, dużo zemsty i gniewu. W zachowaniu chłodny, zdystansowany, niepozwalający sobie na emocje. ?Odpala się? kiedy tylko musi, a kiedy coś już robi, to bez sentymentów. Zewnętrzny rysopis psychopaty albo socjopaty. Tyle można powiedzieć o tym bohaterze, reszta pozostaje w sferze domysłów. Tej historii brak motywacji, jest to bolesny brak, bo o ile dobremu filmowi wybacza się niedociągnięcia techniczne, o tyle braku treści wybaczyć się nijak nie da. U Skoniecznego jest odwrotnie - dźwięk i kolory zachwycają, muzyka uderza, szybkie tempo montażu przyprawia o zawrót głowy, świetnie się tego słucha - strona wizualno-dźwiękowa naprawdę ?rozpie... system? jak chciał reżyser. Chociaż dla mnie niektóre zdjęcia przypominają komercyjne spoty toyoty czy supercichych paneli podłogowych, brak w nich artyzmu, są jedynie ładnymi ujęciami. Dla uciech zmysłów oraz dla wybitnego aktorstwa - tylko z tych powodów warto wybrać się na ?Hardkor disko?. Wzrok Marcina Kowalczyka naprawdę zapamiętacie na długo, magnetyzuje i wprowadza zamęt.

Jeżeli bohater debiutu Skoniecznego ma być ofiarą nowych czasów, produktem pokolenia hardkor, to co się w takim razie stało pomiędzy niewinną kasetą VHS a czasem tych wszystkich ekstremów? Bo przecież pomost pomiędzy tymi dekadami reżyser rysuje nam, tytułując całość jako ?Hardkor disko? i czyniąc to niejako wątkiem nadrzędnym, szkoda, że jest to tylko wątek, a nie problem. Wypada przyjąć całość za pewnik, a jak wiemy, kino nie znosi pewników...


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz