Dzikus dzikusowi nierówny

Niedawno swoją premierę miał w naszych kinach film, który nie zrobił większej furory. Nie trafiłem też nigdzie na porządną recenzję Savages, choć opinie są w większości negatywne i bardzo wyraziste.

mat. prom.
                     

Skąd jednak pomysł, żeby polecić Wam tę produkcję? Otóż stąd, że do dzisiaj nie mogę się zdecydować czy to Oliver Tarantino, czy Quentin Stone, a sam film to po prostu bardzo dobra historia sensacyjna.

Pierwsza zaleta to nietuzinkowa fabuła, który mimo że rozwija się w klimatach tarantinowskich - czasami także od nich odbiega. Rozwój akcji i sposób w jaki jest ona nakreślona solidnie trzyma się znanej nam dobrze ręki Stone'a, który nie eksperymentuje z niepotrzebnym absurdem. Wszystko stanowi ciekawą, kolorową całość.

mat. prom.
                   

Kolejnym mocnym punktem jest obsada. Mimo, że np. Taylor Kitsch i Blake Lively nie wykazują nadprzyrodzonych umiejętności aktorskich, to Benicio Del Toro i Aaron Taylor Johnson dają w tym filmie nieźle po garach. Zresztą nie spodziewałem się niczego słabego od Wilkołaka i Kick-Assa.

Główni bohaterowie to nieodłączni przyjaciele, którzy rozwinęli w Stanach najlepszy i najczystszy (w kategorii produktu) biznes - ich marihuana jest nie do podrobienia. Jeden z nich to uosobienie Zen i buddyjskiej filozofii. Część pieniędzy z narkotyków wykorzystuje w pomocy biednej afrykańskiej społeczności. Drugi to ex-delta force od brudnej roboty. Poza przyjaźnią łączy ich jeszcze jedna rzecz - kobieta, którą dzielą się ze sobą właściwie po równo. Problem zaczyna się wtedy, gdy chce ich wykupić "trochę większe" przedsiębiorstwo...

Savages to produkcja rozrywkowa, ale nie kretyńska. Jest w pewnym sensie uosobieniem plastiku Hollywoodu, retro strzelaniny i klasyki z pod ręki Quentina Tarantino. Nie do końca męskie kino, które serdecznie polecam wszystkim na nudne wieczory.

Dla niezdecydowanych zwiastun:
Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz