Duńskie Miami – recenzja „Kobiety w klatce”

Trwająca od pewnego czasu moda na skandynawskie kryminały i ich ekranizacje pozwoliła Polakom na całkiem niezłe otrzaskanie się w temacie. Fatalizm, zło nie do pokonania, zimowe pejzaże lub depresyjne, szare uliczki obmyte deszczem ? zdążyliśmy poczuć już tę konwencję i zaznajomić się z widokami. Duńska Kobieta w klatce, film oparty na pierwszej odsłonie cyklu Departament Q Jussiego Adlera-Olsena, zapowiadała się na epigona gatunku, bazującego na tej samej stylistyce i wizji świata. Tymczasem obrazowi Mikkela Norgaarda brak tych wszystkich charakterystycznych cech; bliżej niż do tegorocznego Hipnotyzera czy serialu Forbrydelsen jest mu do? amerykańskich Kryminalnych zagadek Los Angeles/Miami/Las Vegas.

Tytuły różnią jednak krajobrazy (w Kobiecie w klatce nadal są one znacznie mniej zurbanizowane i uwarunkowane chłodniejszą aurą) oraz dostęp do nowoczesnych technologii. Nie, bohaterowie nie poznają oblicza mordercy poprzez milionowy zoom na odbicie w źrenicy uwiecznionej na zdjęciu ofiary. Jest dokładnie odwrotnie: detektyw Carl M?rck przyczynia się śmierci dwóch policjantów i z wydziału zabójstw zostaje zdegradowany do nowopowstałego Departamentu Q, którego zadanie polega na zamykaniu niewyjaśnionych spraw sprzed lat. Tę ściśle papierkową robotę wykonywać ma w obskurnej piwnicy, w towarzystwie przydzielonego mu z góry, mało doświadczonego partnera Assada. Panowie szybko jednak porzucają obdrapane biurka i wznawiają śledztwo w sprawie pewnej parlamentarzystki, której śmierć sprzed pięciu lat uznano za samobójstwo. Carl oczywiście ma na ten temat inne zdanie, co nie podoba się nieułatwiającym mu pracy przełożonym.

Źródło: Kino Świat

Skojarzenie z Kryminalnymi zagadkami wywołuje przede wszystkim lekkość obrazu. Deszcz, zawieje i szaroniebieskie filtry zostały zastąpione przez ?słoneczne? zdjęcia w ciepłej tonacji. Przyjemni są również bohaterowie; sympatię budzi nawet mrukliwy Carl, facet złamany, który musi radzić sobie z końcem kariery, poczuciem winy oraz rodzicielskimi wyzwaniami. Wraz z Assadem, swoim przeciwieństwem, tworzą zgraną parę. Trochę przy tym nudną, bo zbudowaną na klasycznym kontraście, przy czym przyszłość tej z początku oziębłej relacji od razu jest do przewidzenia. Co jednak najważniejsze, ich praca naprawdę ma sens: tutaj zło da się wyplenić, rzecz jasna nie całkowicie, ale ludzkość nie jest nim do gruntu skażona. Carl i Assad czynią świat lepszym miejscem, gdzie sprawiedliwość nie jest tylko pustym pojęciem. To podejście zgoła inne od wizji Lassego Hallströma w Hipnotyzerze, bliskie natomiast optymizmowi i pewnemu uproszczeniu rzeczywistości w produkcjach, których tytuły zaczynają się od CSI.

Ostatnią ?serialową? cechą Kobiety w klatce jest stosunkowo niewielkie skomplikowanie zagadki. Kinomani, którzy przepadają za rozbudowanymi intrygami i nieoczekiwanymi zwrotami akcji będą mogli poczuć się trochę zawiedzeni. Jednocześnie te fragmenty filmu, które skupiają się na samej parlamentarzystce Merete Lynggaard, odstają stylistycznie od reszty i trochę się z nią kłócą. Sadyzm ? la Piła nijak się ma do pozostałych, raczej pokrzepiających i przyjemnych dla oka elementów opowieści.

Wszystkie wyliczone ?telewizyjne amerykańskości? przyczyniają się do największej bolączki Kobiety w klatce: braku klimatu. Jest letnio. Poprawnie, ale bez wyrazu. Zostawcie noże w domu, tu nie ma czego kroić, atmosfera jest całkiem niegęsta. Spodziewajcie się emocji dokładnie na poziomie Kryminalnych zagadek. Co nie oznacza również, że po film nie warto sięgać ? w końcu z jakichś powodów wspominany serial ma trzy wersje i dziewięć do czternastu sezonów w każdej z nich.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz