„Dary Anioła: Miasto kości” – recenzja filmu

Po finansowym sukcesie sagi Zmierzch do kin regularnie trafiają tytuły utrzymane w podobnym klimacie i adresowane do tej samej grupy odbiorców, jednak opowieść o połyskującym wampirze i jego ukochanej długo nie mogła znaleźć godnego następcy. Nikt nie poruszył niewieścich serc tak mocno jak Edward Cullen, żadna inna produkcja nie inspirowała też internatów do tworzenia tak dużej liczby dowcipów. Dopiero pięciotomowa (szósta odsłona w drodze) seria Dary anioła autorstwa Cassandry Clare ma zadatki, aby uzyskać rząd nastoletnich dusz. Wszystko dzięki przebojowej ekranizacji Miasta kości, czyli opowieści o młodych pogromcach demonów. Bella Swan przywdziewa skórę i zmienia front.

Osoby, które nie należą do fan clubu Kristen Stewart, mogą się jednak czuć spokojne, gdyż Lily Collins okazała się na tyle temperamentną aktorką, że jej Clary Fray to istota wdzięczna i energiczna. Z powodzeniem może stać się idolką obozu przeciwnego flegmatycznej i dramatyzującej Belli. Bo o ile filmy na podstawie pomysłu Stephenie Meyer skupiają się głównie na relacjach-damsko męskich, to w Mieście kości na pierwszym planie stoi akcja. Na bok idą sercowe rozterki i miłosne podchody, ponieważ gra idzie o wyższą stawkę ? przyszłość całej kasty Nocnych Łowców. Clary, która nagle odkrywa, że jej przeznaczeniem jest walka ze złymi mocami, ma za zadanie odnaleźć i ochronić magiczny kielich, największy skarb tego walecznego stowarzyszenia. Aby to uczynić, musi pokonać hordy zbuntowanych łowców i demonów (a może być nimi każdy, nawet damska wersja Laurence?a Fishburne?a). Dlatego bohaterowie tego filmu są o wiele bardziej zaprawieni w bojach niż wydelikaceni Cullenowie. Sentymenty się skończyły, drużyna zakłada swoje gotyckie, perwersyjne mundurki i bez cackania oferuje nieprzyjaciołom srogie mordobicie. Oczywiście Dary anioła nadal pozostają filmem dla młodzieży, więc nie doświadczycie tu brutalnej przemocy, jednak walki zajmują wiele czasu ekranowego. Dzięki temu produkcja ma tempo, które czyni z niej całkiem efektowne widowisko.

Chociaż wątek miłosny to w Mieście kości sprawa drugorzędna, to gdy już się pojawia, powiela wszystkie możliwe schematy. Jeśli nie trawicie tekstów w stylu ?jesteś inna niż wszystkie?, to słuchanie dialogów miedzy Clary i Jacem może wywołać u Was tęczowego pawia. Liczba wyświechtanych kwestii i banalnych motywów (podkochujący się przyjaciel-fajtłapa, pocałunek w deszczu, ratowanie wybranki przed upadkiem tak, że wpada w ramiona wybawiciela) kładzie tę część fabuły na łopatki. W ramach kontynuacji analogii między Darami anioła a Zmierzchem warto też zadać pytanie, czy Jamie Campbell Bower (filmowy amant) jest w stanie odebrać fanki Robertowi Pattinsonowi. Widać starania twórców Darów, aby główna para bohaterów była opozycją dla kochanków z powieści Meyer ? niepokorna Clary bije Bellę żywiołowością i wygadaniem na głowę, Jace zaś nie jest nawet w połowie tak ładny jak Edward. Zdaje się, że specjalnie wybrano do tej roli aktora o nietypowej urodzie, aby zaspokoić te dziewczęta, które mają dość anemicznego i śliczniejszego niż one Pattinsona.

Liczne niedociągnięcia łatwiej przełknąć dzięki poczuciu humoru, jakie regularnie ratuje akcję przed zatonięciem w mule scenariuszowych mielizn. Zabawne momenty nie zawsze pojawiają się tylko tam, gdzie chcieli tego twórcy (czytaj ? w pewne wątki melodramatyczne przypadkiem wdziera się komedia), jednak bohaterom nie brak luzu. Scenarzystom (z reguły) udało się utrzymać pewien dystans do opowiadanej historii i przedstawili ją bez zadęcia. Z pewną rezerwą podchodzić powinien do niej także widz. Przymknięcie oka na mniej udane sceny romansowe i naciągnięcia w stylu ?wysadziłam kuchnię i nawet nie usmoliłam sobie nosa, gdyż schowałam się za drzwiami lodówki? pozwala cieszyć się wciągającą, prędką akcją oraz dowcipnymi dialogami.

Miasto kości powinno zainteresować także wielbicieli innego młodzieżowego hitu, czyli serii o Harrym Potterze. Skojarzenie ze światem wykreowanym przez Rowling nasuwa się głównie dzięki scenerii, w jakiej rozgrywa się większość filmu. Monumentalny, niewidoczny dla ?przyziemnych? gmach będący bazą łowców ma w sobie coś z Hogwartu; nie brak tu też magii, czarodziejskich gadżetów i nadnaturalnych stworzeń. Produkcja łączy w sobie różne elementy fantastycznych filmów dla nastolatków i serwuje je w trochę mniej grzecznym wydaniu. Efekt? Grupa docelowa powinna być zdobyta szturmem, pozostali przy odrobinie dobrej woli również odnajdą tu źródło rozrywki. Perwersyjny Zmierzch w Hogwarcie ? to musi być kura znosząca złote jaja.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz