Chwilę temu w Ameryce ? recenzja ?Kamerdynera?

Biografia Eugene'a Allena, kamerdynera, który służył ośmiu prezydentom Stanów Zjednoczonych, aż prosiła się o zekranizowanie. 70 lat z życia człowieka, który przeszedł drogę z plantacji bawełny do Białego Domu, to idealny pretekst do opowiedzenia historii walk czarnoskórych Amerykanów o prawa obywatelskie. I chociaż film Lee Danielsa robi to z wdziękiem, humorem i odpowiednią dawką dramaturgii, to trudno uniknąć wrażenia, że przez tak szeroko zakrojoną fabułę momentami staje się biegiem przez najbardziej kluczowe wydarzenia z najnowszych dziejów tej społeczności.

Źródło: Kino Świat

By jednak straty były jak najmniejsze, to jest obraz tych walk spłycony jak najmniej, scenarzysta Danny Strong wpadł na dobry pomysł przyjęcia dwóch perspektyw ? nie tylko Cecila Gainesa (tak bowiem nazywa się w filmie Allen), ale też jego syna Luisa. Pierwszy z nich nazywa siebie ?dobrym domowym czarnuchem? i pielęgnuje w sobie pokorę oraz służalczość wobec białych przełożonych, odkąd w dzieciństwie jeden z paniczyków najpierw dobrał się do jego matki, a potem zastrzelił oburzonego tym ojca. Postawa ta staje się przyczyną pogardy, jaką żywi w stosunku do Cecila Luis. Pod pretekstem studiów wyprowadza się z domu, aby przyłączyć się do grupy aktywistów ubiegających się o prawa dla Afroamerykanów. Jego zetknięcie się z Martinem Lutherem Kingiem a później ze zmilitaryzowaną organizacją Czarnych Panter pozwala Kamerdynerowi na sceny z samego epicentrum krwawych utarczek. W ten sposób splatają się w filmie dwa różne rodzaje walki: z jednej strony Cecil swoim oddaniem i pracowitością buduje zaufanie białych ludzi na wysokich szczeblach, z drugiej Luis głośno mówi o równouprawnieniu i ofiarnie przyłącza się do buntu. Chociaż dzieli ich tak wiele, obaj stają się częścią tej samej historii.

Kamerdyner skupia się głównie na tych dwóch frontach ? polityce od kuchni oraz wielkich przemianach społecznych ? ale przy tym pozostaje opowieścią o jednej rodzinie, dzięki czemu zgrabnie łączy prywatne z ?publicznym?. Losy Gainesa można nazwać oryginalną wariacją konwencji ?od zera do milionera?. Właśnie wtedy, gdy Lee Daniels pozwala zaistnieć na ekranie Cecilowi, jego żonie i współpracownikom z Białego Domu, produkcja staje się zbiorem błyskotliwych dialogów, rozbrajających dowcipów oraz popisowych kreacji aktorskich (Forest Whitaker i Oprah Winfrey pewnie dostaną nominację do Oscara, być może tego zaszczytu dostąpi też Cuba Gooding Jr). To wystarczy, żeby Kamerdynera zwyczajnie bardzo dobrze się oglądało, dlatego nie dziwi jego kasowy sukces w amerykańskich kinach. Dodatkową atrakcją jest epizodyczny udział całej plejady hollywoodzkich gwiazd, gdyż w rolach osób przewijających się przez prezydencki dom zobaczymy Jane Fondę, Alana Rickmana, Robina Williamsa, Melissę Leo, Lenny'ego Kravitza oraz Johna Cusacka; dodatkowo w sekwencję na plantacji zaangażowani zostali Alex Pettyfer i piosenkarka Mariah Carey (podobno większość z wymienionych osobistości zagrała w filmie za pół darmo, z samej miłości do projektu). Ich role są zbyt małe, aby mówić o aktorskim kunszcie, jednak widz jest stale zaskakiwany coraz to nowymi znanymi twarzami spoglądającymi z ekranu.

Źródło: Kino Świat

Film Lee Danielsa to poważny oscarowy kandydat. Nie tylko z uwagi na wyczyny obsady, ale też z racji poprawnej wymowy ? bo chociaż ?dawno temu? istniał problem nietolerancji, to czasy się zmieniły, czego dowodem jest prezydentura Baracka Obamy (wyniki wyborów przedstawiono tu zdecydowanie zbyt ekstatycznie). Dlatego dużo lepiej wypada pierwsza część produkcji, w której równouprawnienie Afroamerykanów dla wielu było jeszcze nie do pomyślenia. Szczególnie gorzkie i mocne są sceny, w których na wierzch wychodzi ciemna strona ?nowoczesnej? Ameryki, czyli upodlenie z powodu nieprzestrzegania przez bohaterów zasad segregacji rasowej albo atak Ku Klux Klanu. W drugiej połowie obraz obniża loty, traci swój demaskatorski wymiar i staje się przyjemną opowieścią o sile rodziny i państwie przyszłości.

Mimo że Kamerdyner jest sprawnie zrealizowany i świetnie zagrany, to daleko mu do doskonałości. Lee Danielsa usprawiedliwia jednak ambitność jego planu, wszak nakreślenie pełnego obrazu walk o prawa obywatelskie na przestrzeni 130 minut, kiedy równorzędnym tematem są też małżeńskie problemy państwa Gainesów, wydaje się zadaniem nie do wykonania. Reżyserowi zabrakło przy tym odwagi. Efektem jest film udany, ale w żadnej mierze nie zaskakujący. Wart wizyty w kinie, lecz czy wart nagród? Niekoniecznie.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz