Blisko życia ? recenzja filmu ?Boyhood?

Booyhood przypomina animację, którą niemal każdy z nas projektował własnoręcznie na rogach stronic w zeszycie. Kilkanaście ?klatek? i jeden ruch palcem wystarczyły, by tchnąć życie w zwykłe szkice. Skojarzenie z filmem Richarda Linklatera nie wynika jednak z prostoty pomysłu, lecz z braku płynnych przejść pomiędzy kolejnymi przedstawieniami. Na produkcję składają się wycinki z dzieciństwa oraz wczesnej młodości amerykańskiego chłopca, które podporządkowane są jednej zasadzie ? zasadzie chronologii. To właśnie upływający czas zdaje się być głównym tematem, a nawet bohaterem filmu. Ludzkie bytowanie polega tu na docieraniu do coraz to nowych baz, a całe ?zawody? trwają tyle, co wspomniana zeszytowa zabawa.

Mason, jak każdy nastolatek, próbuje znaleźć sposób na siebie. Eksperymentuje z wyglądem, szuka w sobie zdolności artystycznych, buntuje się przeciwko modom i martwi tym, że technologia spłaszcza indywidualizm. Linklater patrzy na te zabiegi lekko pobłażliwie, bo wie, że choć każdy ma się za jednostkę wyjątkową, to wszyscy przechodzimy w życiu dokładnie przez te same etapy. Beztroskie dzieciństwo i rywalizacja z rodzeństwem, trudne dojrzewanie i pierwsze miłości, ślub i własne dzieci, a w końcu także obserwowanie, jak i one wylatują z rodzinnego gniazda? Nasze życiowe scenariusze zawierają z reguły podobny zestaw scen i zawsze identyczny finał. Wnioski te nie brzmią szczególnie odkrywczo, jednak reżyserowi udało się opowiedzieć znaną już nam historię w zupełnie nowy sposób. Co ciekawe, Boyhood opiera się na bardzo prostym (przynajmniej w teorii) pomyśle: chodziło o to, by 13 lat z życia jednego chłopca sfilmować ?w czasie rzeczywistym?, rok po roku z tą samą ekipą. W praktyce było to zadanie, które wymagało nie tylko wiele cierpliwości, ale i zapasu szczęścia. Połowę sukcesu stanowi sam fakt, że nikt z obsady przez te lata nie wycofał się z projektu; jak widać wszyscy zaufali wizji Linklatera. Efekty prawdopodobnie przerosły ich najśmielsze oczekiwania ? dziennikarze na całym świecie padają na kolana i przebąkują o Oscarach. Czy przesadzają? Nie. Dzięki temu, że kamera śledzi autentyczne zmiany w fizjonomii bohaterów i wcielających się w nich aktorów, całość staje się niesamowicie wiarygodna. Kino już dawno nie było tak bardzo blisko prawdziwego życia.

Chociaż reżysera interesuje głównie chłopięctwo, to tak naprawdę sięga o wiele dalej, a wszystko dzięki ?powtórzeniu? procesu dorastania w wątku rodziców Masona. Oni także potrzebują czasu na odnalezienie własnej drogi, a zbyt wczesne i nieprzemyślane macie- oraz tacierzyństwo zdecydowanie im tego nie ułatwiło. Tym sposobem Boyhood urasta nie tylko na opowieść inicjacyjną, ale także na rzecz o docieraniu się, rodzinie i kreowaniu własnego ja. Głównie chodzi jednak o upływ czasu, który widać nie tylko w zmieniających się fryzurach i strojach, lecz przede wszystkim w krótkotrwałych modach: od Potteromanii, przez triumf subkultury emo, po szał na Lady Gagę. Te trendy zmieniają się jak w kalejdoskopie, podobnie jak i my sami, jednak Linklater nie uderza w dramatyczny ton pt. ?wszystko zginie, świat przeminie?. Może i przeminie, ale czy znowu wejście w dorosłość, a potem wychowanie kolejnego pokolenia to tak mało? Choć wszyscy gramy te same role, to są to cholernie trudne role.

Z powyższych akapitów może wynikać, że Boyhood to blisko trzygodzinne, posępne smuty, jednak nic z tych rzeczy. Linklater słynie z ?gadanych? filmów, więc i tutaj roi się od błyskotliwych dialogów, uśmiech wywołują też smaczki z epoki, które dwudziestokilkuletni widzowie znają dobrze z własnego doświadczenia (oni także wygłupiali się przy hitach Britney Spears lub wyczekiwali z utęsknieniem na Księcia półkrwi). Ponadto reżyserowi udało się dotrzeć do samej esencji poszczególnych życiowych etapów, wyłuszczyć najbardziej charakterystyczne dla nich problemy. Dzięki temu codzienność przybiera kształt niezwykle pasjonującej historii o ludzkim rozwoju.

Boyhood zapada w pamięć przede wszystkim jako bardzo udany formalny eksperyment, lecz równie dużym osiągnięciem Linklatera było podszycie filmu fascynacją człowieczeństwem i ukrycie jej pod płaszczykiem zwykłości. Rozważaniom, które z grubsza możemy nazwać wanitatywnymi, towarzyszy równoczesny witalizm i wiara, że choć nie mamy wiele czasu, to wypełniamy go niesamowitymi wyczynami, nawet jeśli chodzi o zwyczajne-niezwyczajne przetrwanie w szkolnej dżungli. To jak kinowa przemiana wody w wino, więc nie bądźcie niedowiarkami.


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz