Bejbi Blues recenzja filmu

mat. prom.

Ostatni rok dla polskiego kina był niezwykle udany. Twórcy nie tylko prześcigali się w pomysłach i sposobach realizacji, ale poruszali także tematy, które czekały na ekranizację już wiele lat. Od Jesteś Bogiem  przez Pokłosie, na Róży kończąc - nadzieja na "nowe" polskie kino wzrasta. Ciągle jednak nieufność twórców sprawia, że najpierw porządne produkcje pojawiają się za granicą (Mój rower), a dopiero potem w polskich kinach. Na szczęście Katarzyna Rosłaniec wróciła ze swoim filmem z Toronto i po zebraniu owacji tamtejszej widowni, pozwoliła oklaskiwać się dziennikarzom pokazu prasowego.

Autorka Galerianek nakreśliła swoją pierwszą produkcją pewien szlak, który jak się okazało kontynuuje przy Bejbi Blues. Nie chodzi tutaj o młode dziewczęta, czy samą patologię społeczną, ale problem będący mocno zakorzeniony w pewnych grupach młodzieżowych. Galerianki przedstawiały ignorowany problem nieletnich dziewcząt, które bez skrupułów sprzedawały swoje ciało, żeby modnie brylować na szkolnych korytarzach. Bejbi Blues natomiast to film o egoistach (jak opowiadała sama Rosłaniec). O ludziach, którzy poprzez zagapienie się na własną szklankę, nie widzą jak wodą zachłysnął się ktoś obok i być może zaraz umrze z powodu zakrztuszenia (słowa reżyserki). Samolubna grupa młodych ludzi została nakreślona w autentycznej historii hipsterskiej subkultury. Błędy, potknięcia i życiowe porażki rozliczane są tam drobiazgowo - natomiast liczy się styl i popularność wśród rówieśników.

mat. prom.

Główna bohaterka zaszła w ciążę, przez co nie może ukończyć liceum. Jej chłopak Kuba, od dziecka bardziej woli deskę, a pieluchy tylko ogląda popalając "splifa". Dziewczyna próbując łączyć koniec z końcem, wpada w coraz większe kłopoty, a jej samotność pogłębiają popełniane coraz większe błędy. Historia właściwie nie klaruje żadnej drogi ucieczki, choć w każdej chwili wystarczy się zatrzymać i przemyśleć swoją decyzję.

Opis fabuły celowo skrócony, gdyż skomplikowany rozwój historii trzeba docenić samemu. Obraz Katarzyny Rusłaniec to świetne, ostre, młodzieżowe kino, które spodoba się niejednemu 40latkowi. Montaż to niezwykła gra kolorów, będących istotnym elementem scen łączonych za pomocą czarnych plansz. Wszystko co widzimy na ekranie ma swoje znaczenie - widz bez przerwy musi na własną rękę interpretować rozwój wydarzeń. Wyłoniona z castingu obsada fenomenalnie oddaje dramat, czy beznadzieję sytuacji w której się znajdują. Bardzo dobrze partnerują im profesjonalni aktorzy, którzy często grają (pozornie) nic nie znaczące role (Jan Frycz). Tak jak w przypadku Galerianek, produkcja naszpikowana jest świetnymi kawałkami (m.in. Die Antwoord, Mustard Pimp) - warto zwrócić uwagę na scenę w dyskotece.

Mam nadzieję, że Rosłaniec nie zmieni swojej reżyserskiej postawy i ciągle będzie nas raczyć parateledyskowym, odważnym kinem, którego ciągle brakuje  w naszym kraju. Zawahałem się, ale daje 7/10.

Zwiastun:

Jeden z numerów użytych w filmie:


Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz