Atlas Chmur recenzja filmu

W natłoku produkcji, które serwują nam tę samą historię, tyle że ubraną w nowe opakowanie, oryginalność witamy z otwartymi ramionami. Kibicujemy reżyserom, którzy potrafią myśleć poza hollywoodzkim pudełkiem i stawiają sobie oraz publiczności wyzwanie poprzez sięganie po materiał uznawany przez wielu jako niefilmowany. Wówczas, nawet, jeśli zawodzą, potrafimy docenić ich starania i odwagę, znaleźć coś, dzięki czemu taki seans nie jest stratą czasu. W przypadku rodzeństwa Wachowskich wspomaganych przez reżysera "Pachnidła" Toma Tykwera, jedyne co możemy wynieść z seansu to życzenie, by wspomniana trójka już nigdy nie zabierała się za ekranizację czyjejś pracy.

"Atlas Chmur" to tytuł niezwykłej powieści autorstwa Brytyjczyka, Davida Mitchella. Jego książka wydana w 2004 roku od razu zaskarbiła sobie zainteresowanie czytelników wskakując na listy światowych bestsellerów. Zyskała także nominacje do nagrody Bookera i zaszczytne miejsce w setce książek dekady według brytyjskich krytyków literackich. Jak powszechnie wiadomo "w przyrodzie nic nie ginie", więc mimo upływu aż 8 lat od daty publikacji Hollywood nie straciło z oczu potencjalnego hitu i w dobie technologicznego rozwoju postanowiono przenieść tę fantastyczną epopeję na język filmu. Odpowiedzialni za projekt twórcy "Matrixa" do spółki z Tykwerem mając do dyspozycji budżet liczący ponad 150mln i uznanych aktorów jak Tom Hanks, Hugo Weaving, Halle Berry mieli nie lada orzech do zgryzienia. Nie tylko ze względu na ogrom materiału, ale i przede wszystkim na sposób narracji i niezwykły styl powieści łączący ze sobą tradycyjną literaturę faktu ? listy, wywiad, dziennik z fikcją w postaci kryminału i mrocznego science fiction.

Fabuła filmu składa się z sześciu różnych historii rozgrywających na przestrzeni kilku epok. W ciągu trzygodzinnego seansu zawitamy do przeszłości, teraźniejszości i przyszłości. Na początku cofniemy się wstecz, do roku 1850, w którym śledzimy losy notariusza, Adama Ewinga odbywającego ciężką podróż statkiem przez Pacyfik z nadzieją ponownego ujrzenia swojej żony. Odwiedzimy także międzywojenną Belgię i poznamy utalentowanego, aczkolwiek bardzo kłopotliwego kompozytora, który popada w zatarg ze swoim mistrzem. Następnym przystankiem jest Ameryka lat 70-tych, gdzie obserwujemy dziennikarkę Luisę Ray próbującą zdemaskować rządowy spisek. Po niej przychodzi kolej na Timothy?ego Cavendisha, wydawcę mającego na pieńku z gangsterami żądającymi pieniędzy. W innej historii przeskakujemy do przyszłości, w której sztuczny człowiek, pracująca dla restauracyjnej korporacji fabrykantka Sonmi-451 zaczyna przejawiać ciekawość świata. A wszystko to zamyka Zachariasz, mężczyzna z wysp Pacyfiku i jeden z ostatnich ludzi, który opowiada dzieciom historię swojego życia.

Każda z przedstawionych w filmie opowieści zapowiada się interesująco i każdy znajdzie coś dla siebie ? Jest wyjęty wprost z "Szafta" kryminał polityczny, komediowa wariacja "Lotu nad kukułczym gniazdem", a nawet ponura wizja dystopijnej przyszłości.

Niestety, nie do końca możemy emocjonować się poszczególnymi fabułami i śledzić losy bohaterów ze względu na nielinearną narrację na jaką zdecydowali się Wachowscy. Taki sposób snucia historii w żadnym wypadku nie jest zły, wystarczy spojrzeć, chociażby na "Memento" czy "Pulp Fiction", którym zaburzenie chronologii wyszło na dobre. Jednak w "Atlasie Chmur? zastosowanie tej techniki jest nieumiejętne i wygląda jakby Wachowscy bez żadnego planowania rzutem kością decydowali, gdzie przerwać jedną opowieść, zacząć drugą i kontynuować trzecią. Co 3 minuty jesteśmy rzucani z jednej fabuły w kolejną, by potem wrócić do początku i chwilę później znaleźć się na końcu, a może w środku..nie, na początku..eeee.. końcu?. Już po pierwszym akcie filmu można zupełnie stracić orientacje w tym co dzieje się na ekranie i nie odzyskać jej aż do napisów końcowych. Dodatkowo pomysł, by wcielić tych samych aktorów w inne postaci z danej historii wcale nie pomaga w nadążaniu za rozwojem fabuły.

Reżyserzy zawodzą na całej linii. Zaburzając narrację, wprowadzając nagminne przeskoki w przeszłość i przyszłość bez żadnego większego sensu zniszczyli zabawę w odnajdywanie poszlak łączących każdą kolejną części filmu. Nieopierzenie twórców rekompensują, natomiast aktorzy ? Tom Hanks, Hugo Weaving, Hugh Grant i Halle Berry nie schodzą poniżej swojego poziomu i w swoich kreacjach wypadają bardzo przekonująco. Jednak najlepiej aktorsko popisują się Jim Sturgess w roli Adama Ewinga, Doona Bae jako Sonomi i Jim Broadbent wcielający się w bohatera najciekawszej historii, Timothy?ego Cavendish.

atlas chmur mat.prom.

Dobre aktorstwo w produkcji kosztującej ponad 150 mln dolarów stawia w cień efekty specjalne, które wcale nie są tak oszałamiające, jak zwiastowali nam twórcy i sam trailer. W dobie "Avatara", "Transformers" czy nawet "Prometeusza", "Atlas.." nie wybija się pod względem technicznym i, gdyby wypuszczono w sezonie letnim zostałby zjedzony przez nie jednego tegorocznego blockbustera . Wrażenie robi, natomiast makijaż i kostiumy. Specjaliści od charakteryzacji przeszli samych siebie. Wytrwałym, którzy zdecydują się zostać na Sali kinowej do końca polecam poświęcić kilka chwil, by w trakcie napisów końcowych zobaczyć, kto tak naprawdę czaił się pod make-upem.

Zapowiadany na epopeję wyobraźni "Atlas Chmur" nie spełnia pokładanych w, nim oczekiwań i może śmiało konkurować do miana wtopy roku. Trzy godziny dłużą się niemiłosiernie a końca wyczekujemy właściwie od kilkudziesięciu pierwszych minut. Biorąc pod uwagę czas trwania filmu i narracyjny błąd Wachowskich nasuwa się pytanie czy nie lepiej byłoby adaptować książkę Mitchella na format serialu jak zrobiła to stacja HBO z niefilmowanymi dziełami R.R. Martina?. A może produkcja okazałaby się lepsza, gdyby za kamerą stał ktoś pokroju Camerona - tytan reżyserii zamiast rzemieślnika.., a może niektórych dziel literatury po prostu nie da się przenieść na kinowy ekran.

Ocena: 3/10
Brak ocen
Prosimy zaczekać ...
Voting is currently disabled, data maintenance in progress.

Dodaj komentarz