Cybersadyzm i plugawe poduchy ? recenzja ?Carrie?

0

Dominika Pietraszek

18.10.2013

Carrie, jako remake filmu Briana De Palmy z roku 1976, może wbić ćwieka w głowy wielu kinomanów. Jak ocenić film, który chociaż został dobrze zrobiony, jest jedynie uboższą wersją klasyka? Duch tej historii pozostał taki sam: mamy plugawe poduchy, przewrotną opowieść o brzydkim kaczątku oraz dramat psychologiczny w masce slasheropodobnej. Problem w tym, że to, co było nowatorskie w latach 70. (pierwsza Carrie zapoczątkowała modę na horrory, których akcja toczy się w szkole, a dzięki nowym technikom montażu przeszła do kanonu kinematograficznych arcydzieł), obecnie nie robi większego wrażenia. I chociaż przez to remake nie zapisze się w historii, to bazowanie na dobrych, wypróbowanych chwytach czyni go całkiem atrakcyjnym dla widza.

Trzeba mieć tupet, żeby ekranizować prozę Stephena Kinga, mając w świadomości istnienie tak utytułowanego poprzednika. Nie popełniając profanacji, reżyserka Kimberly Peirce (znana głównie jako twórczyni Nie czas na łzy) już osiągnęła sukces. Nie próbowała ślepo naśladować wersji De Palmy, dlatego chociaż większość scen się powtarza, nie jest całkowitą zrzynką. Różnice są jednak na tyle subtelne, że nie mają większego wpływu na sens opowieści. Wciąż pozostaje ona historią trzymanej pod kloszem dziewczynki, która odkrywa, że jest posiadaczką ponadnaturalnej mocy i w końcu buntuje się przeciwko matce ? fanatyczce religijnej. Nadal istotny jest tu proces odnajdywania w sobie siły, ukryta gdzieś głębiej refleksja o władzy, jaką daje kobietom ich seksualność, a także obraz trudów dojrzewania i społecznego wykluczenia.

Źródło: Forum Film

Jedyna wyraźna innowacja to uwspółcześnienie realiów. Ma ono dwie konsekwencje: sprawia, że Carrie i jej matka zdają się być jeszcze bardziej staroświeckie i wyalienowane, a także pozwala poruszyć kwestię cyberprzemocy. Peirce przeniosła czas akcji o blisko czterdzieści lat, ale w zabiegach tych całkowicie ominęła matkę i córkę, które mieszkają w domu, gdzie najbardziej zaawansowanym sprzętem elektronicznym jest stare radio. Nic dziwnego, że bohaterka dla większości swoich rówieśników jest niewidzialna ? w końcu kto nie ma konta na Facebooku, ten nie istnieje. Carrie ma problem z obsługą komputera, ale koleżanki z jej klasy już nie, dlatego momenty upokorzenia dziewczyny zostają nagrane na telefon i wrzucone do sieci. Wprowadzenie do scenariusza tego szczególnie okrutnego rodzaju napiętnowania potęguje skalę cierpień, jakich doświadcza nastolatka.

Carrie z roku 1976 to film z jednym z najmocniejszych finałów w dziejach. Po troszę ta moc została przeniesiona do remake?u, ale o ile De Plama starał się ostatnim sekwencjom nadać psychodeliczny wymiar, to Peirce postawiła na sadyzm. Sygnalizowany jest on zresztą już od pierwszej, upiornej sceny porodu Margaret. Samooklaczenia dokonujące się przez całą akcję sprawiają, że w nowej Carrie jest zdecydowanie więcej przemocy. Bohaterka wymierza karę bardziej świadomie, bardziej surowo, ale i przewinienie było większe (wspomniana cyberprzemoc). W porządku, jesteśmy znieczuleni, więc przesunięcie dalej granicy ekranowego okrucieństwa nie powinno dziwić, ale reżyserka nieco się zagalopowała. Okazuje się bowiem, że Carrie to nie tylko telekinetyczka, ale że posiada również inne moce, przykładowo jest na tyle silna, że uderzeniem stopy robi wyrwy w ziemi. To o krok za daleko w kierunku niepotrzebnej fantastyki.

Źródło: Forum Film

Wielu miłośników filmu De Palmy nie było przekonanych co do obsadzenia Chloë Grace Moretz w tytułowej roli. Bardziej niż talent aktorki (jest jedną z najbardziej obiecujących młodych gwiazd Hollywood) zastrzeżenia budziła jej delikatna, harmonijna uroda pozbawiona tego, co miała Sissy Spacek ? pierwiastka dziwności. Niepokoje okazały się słuszne, bo nie dość, że Carrie w interpretacji Chloë trudno nazwać przerażającą, to została wyposażona w przerysowaną mimikę i gestykulację (jakby tego było za mało, że potrafi lewitować i podpalać przedmioty wzrokiem).

Problem nowej Carrie polega na tym, że nie wiadomo, po co została nakręcona (oczywiście poza względami zarobkowymi). Nie proponuje ona żadnych ciekawych wizualnych rozwiązań, nie wprowadza też rewolucyjnych treści. Wzbogacenie historii o motyw cyberprzemocy to zabieg interesujący, jednak nie na tyle, by tylko dla niego tworzyć remake. Tym bardziej, że film z 1976 wciąż zachowuje aktualność. Owszem, świat techniki rozwinął się od tego czasu o kilka epok, ale chyba wciąż potrafimy wyobrazić sobie życie bez Internetu. Potrafimy??


Brak ocen

Prosimy zaczekać ...

Dodaj komentarz